czwartek, 30 stycznia 2014

Jakie czasy, taki Don Juan...

"Don Jon"
   Miała to być zwykła komedyjka romantyczna. W trakcie seansów podobno kobiety, zniesmaczone wulgarnością i wszechobecną seksualnością wychodziły. Bowiem w rękach Josepha Gorgon-Levitta "Don Jon" pomimo swego rozerotyzowania, według mnie stał się filmem epokowym i świetnie obrazującym to w jakich czasach żyjemy.
   Zacznijmy więc od fabuły. Mamy młodego mężczyznę, przystojnego, pewnego siebie, umięśnionego. Wie czego chce i wie które laski może wyrwać na jedną noc. Żyje beztrosko, uczy się, pracuje, podrywa, sprząta, chodzi do kościoła, podrywa, ćwiczy na siłowni, spowiada się i... podrywa dalej. Prawie wszystko się zmienia gdy nagle w często odwiedzanym przez niego klubie pojawia się piękna Barbara Sugarman (czyżby jakieś nawiązanie do dokumentu z zeszłego roku?). Bohater natychmiast zakochuje się w niej i zmienia swoje życie, bądź inaczej, próbuje je dla niej zmienić. Schemat jakże typowych amerykańskich komedii romantycznych, w których to lubuje się Barbara, postać odegrana przez niezwykle atrakcyjną (tak, jej walory celowo zostały wyeksponowane na potrzeby tego filmu) Scarlett Johannson. Jest jednak jeden mankament który zdecydowanie wyróżnia "Dona Jona" i wybija ze wcześniej wspomnianego schematu kina dla zakochanych. Główny bohater jest uzależniony od filmów pornograficznych. Jakże nietypowe jak na Hollywood uzależnienie, prawda?
   "Don Jon" jest debiutem reżyserskim Gordona-Levitta, on też odegrał w nim główną rolę. Warto się przyjrzeć zwłaszcza postaciom w tym filmie bo choć wydają nam się one płytkie - podobnie jak samo przesłanie filmu - to właśnie dzięki nim, można wynieść z seansu coś więcej. Jak wspomniałem wcześniej film ten, odzwierciedla nasze czasy i zaczyna uderzać w wady dzisiejszego świata już od pierwszych minut. Gordon - Levitt zaczyna od sceny gdzie nasz bohater ogląda reklamy w TV, w których każda ma jakieś zabarwienie erotyczne. Należy też przy tej okazji wspomnieć o reklamie oglądanej przy rodzinnym obiedzie, gdzie Don wraz z ojcem są zapatrzeni w plazmowy telewizor, na którym leci spot przedstawiający kobietę w bikini jedzącej kanapkę. Oczywiście pełno w tej reklamie dwuznaczności, więc nie dziwmy się, że zdrowy fizycznie mężczyzna po takim "bombardowaniu" erotyką, zaczyna szukać jakiegoś sposobu na odreagowanie. Zresztą sam obraz rodziny pokazuje jak brakuje nam dzisiaj zwykłych rozmów i wzajemnego szacunku. Bo czyż można go osiągnąć gdy młodsza siostra  ciągle bawi się komórką, ojciec jest nerwowy i ciężko się z nim dogadać, a matka próbuje za wszelką cenę udawać szczęśliwą? I do tego ten nieustannie grający telewizor...
    Znaczna część filmu poświęcona jest uzależnieniu Dona i jego rozmyślaniom na temat wyższości pornografii nad rzeczywistością. Podobnie jak uwielbia filmy dla dorosłych, tak i jego dziewczyna  zachwyca się komediami romantycznymi. "Don Jon" był dla mnie przeciętnym filmem do momentu kluczowej sceny rozmowy Barbary z Jonem, właściwie już pod koniec seansu. Właśnie ten dialog  pokazał, w jaki sposób kultura na nas wpływa i zmienia nasze myślenie, a także uruchamia szereg nierealnych oczekiwań wobec drugiej osoby. Brak zrozumienia i egoizm są dzisiaj częstym towarzyszem budowania relacji. Niestety to one niekiedy biorą górę.
   I kolejna ważna sprawa, czyli Kościół. Dla niektórych połączenie tematyki seksualności z wiarą może wydawać się nietaktem, jednak nie w "Don Jonie". Gordon-Levitt genialnie wycelował w to, z czym dzisiejsi duchowni borykają się najbardziej - w płytkość własnej wiary i braku chęci pomocy innym. I tu należy wspomnieć o scenach cotygodniowych spowiedzi, do których z entuzjazmem przystępuje Don.
   Film, chociaż porusza ważne tematy jest dość lekki i na swój sposób zabawny. Krytyka społeczeństwa nie jest podana od razu na talerzu a raczej trzeba ją delikatnie wyławiać między poszczególnymi scenami. Jak to mówią "prawda w oczy kole" i dlatego nie sądzę, aby "Don Jon" spodobał się szerszej publiczności. Bo któż lubi być krytykowany? I mimo powyższych, dość przykrych tematów które porusza film, Gordon-Levitt znajduje ratunek dla nas - zabieganych, samolubnych i nastawionych na ciągłą konsumpcję. Ale aby dowiedzieć się jaki to ratunek, warto obejrzeć "Don Jona".



8/10

czwartek, 23 stycznia 2014

Gdy wóda jest jak woda...

    "Pod mocnym aniołem"
      U  Smarzowskiego alkohol przewijał się we wszystkich filmach. No bo czyż można sobie wyobrazić "Wesele" bez wódki, trzeźwego milicjanta w czasach komunizmu, czy wizyt w domach publicznych i awantur policjantów z "Drogówki" bez jakiegokolwiek płynnego "napędzacza"?. Nie sądzę, a jako, że pan Wojciech wady Polaków bardzo lubi, tak i tym razem wziął na warsztat to z czego nasz naród słynie ale i czego tak właściwie mógłby się zacząć wstydzić. Więc...
     Jerzy. Jerzy jest pisarzem. Świetnie włada polszczyzną, potrafi swoją mową oczarować niejedną kobietę, o czym się wielokrotnie przekonamy w trakcie seansu. Jest również alkoholikiem. Wydał nawet książkę, opisującą jego zmagania z nałogiem. I film właśnie o tym jest. O nieustannej walce z alkoholizmem, życiem ograniczonym do trzech miejsc: własnego mieszkania, baru "Pod mocnym aniołem" i ośrodka leczenia dla alkoholików do którego Jerzy wraca po jakiejś "większej akcji". W samym sanatorium poznając kolejnych uzależnionych, otrzymujemy całą paletę różnych odcieni skutków alkoholizmu, od chodzenia na czworakach po gołym asfalcie zaczynając, na zwymiotowaniu na własnego szefa kończąc.
     Alkohol. Alkoholu nie muszę nikomu przedstawiać, ani tym bardziej prezentować działania skutków jego zażywania bo zna to każdy. Jedni poznali je na własnej skórze, inni byli tylko obserwatorami. Dla Jerzego alkohol jest częścią życia. To właśnie dzięki uzależnieniu ma temat na książkę i staje się sławny. Także alkoholowi "zawdzięcza" poznanie swojej przyszłej ukochanej, a kwintesencję tego wniosku otrzymujemy już nawet z samych ust bohatera podczas pijackiego wyznawania miłości swej lubej. Alkohol jest więc definitywnie ważną częścią życia Jurka.
     Czas. Czas, jak sam Smarzowski przyznał, jest ważnym tematem "Pod mocnym aniołem". Spotykamy bowiem brak spójności między następującymi po sobie zdarzeniami. Nie wiemy co było przyczyną a co skutkiem, które wydarzenie wpłynęło na które. Jest to odzwierciedlenie prawdziwego życia alkoholika, który przez nałóg sam traci poczucie czasu.

     Żadnych niespodzianek co do obsady i tym razem nie było, otóż mamy stałą, zaufaną ekipę, która stała się już zgraną trupą w cyrku Smarzowskiego. Dorociński, Kuna, Jakubik, Preis, Braciak, Dyblik a nawet na chwilkę pojawił się Topa. I najważniejszy z nich: Robert Więckiewicz, który niejednym się już przejadł, lecz nie mi. W tym filmie uwierzyłem, że Jerzy odgrywany przez pana Roberta jest alkoholikiem. Ogromny szacunek zarówno dla aktora jak i dla reżysera, że potrafili oddać tak realistycznie stopień upodlenia, ukazać to dno, którego dotyka większość alkoholików. Kilkakrotnie zastanawiałem się też czy Więckiewicz na pewno był trzeźwy w momencie kręcenia niektórych scen?
   Scenariusz oparty jest na podstawie powieści Jerzego Pilcha pod tym samym tytułem. Spotykamy w filmie mnóstwo zabiegów słynnych dla stylu Smarzowskiego. Końcowe oddalenie kamery, charakterystyczna i chaotyczna muzyka, czy kamera "z ręki" to cechy z którymi od razu kojarzymy filmy pana Wojciecha. Podczas seansu można też zauważyć kilka nawiązań do poprzednich jego filmów, ale tę frajdę zostawiam już Wam.
   Podsumowując, "Pod mocnym aniołem" jest filmem brutalnym, obrzydliwym i niestety przez to bardzo realistycznym. U Smarzowskiego wóda od razu kojarzona jest z impulsywnym seksem, wymiotami, brudem i zniszczeniem. A tego mamy w tym dziele pod dostatkiem. Film jest świetnym obrazem destrukcji  i przestrzegam przed oczekiwaniami wobec natłoku zabawnych sytuacji, które jako chwyt marketingowy zostały ukazane w zwiastunie. Ten film to nie komedia, choć teksty alkoholików albo ich zachowania wydają się być śmieszne dla nas - obserwatorów. Lecz dla samych bohaterów - uczestników tych wydarzeń może być to niekończąca się tragedia.


8 /10

czwartek, 16 stycznia 2014

Działanie zabija myślenie

    "Sekretne życie Waltera Mitty"
    Jest grupa takich filmów, które uwielbiam, bo nie tylko przedstawiają pewną (ciekawą lub mniej ciekawą) historię, nie tylko występuje w nich ulubiony lub znienawidzony aktor, ale mają jedną fantastyczną cechę- dają życiową motywację, czy to do ruszenia się z domu i wyjścia do ludzi, rozwijania jakiejś swojej pasji czy nawet zapisania się na karate. Wystarczy, że w trakcie oglądania samego dzieła najdzie nas myśl:
"kurczę, też bym tak chciał", to już możemy wiedzieć, iż coś jest na rzeczy. Do takich filmów na pewno będzie więc należeć "Sekretne życie Waltera Mittiego".
   Główny bohater, Walter jest człowiekiem z nadzwyczajnie bujną wyobraźnią. Pracuje w magazynie Life, zajmując się edycją i wywoływaniem przysyłanych z różnych stron świata zdjęć. Walt nie wygląda jednak na zadowolonego ze swojego życia, więc się zawiesza niczym "wygodnie otępiały" Pinky z "Pink Floyd The Wall" i patrząc w martwy punkt przenosi się w wyimaginowane sytuacje w których to, nie jest już więcej ofiarą kąśliwych uwag nowego szefa lecz odważnym bohaterem, ratującym z opresji Cheryl - koleżankę z pracy, w której się podkochuje. Gdy stale współpracujący z nim fotograf nie przysyła zdjęcia przeznaczonego na okładkę ostatniego  numeru Life'a, główny bohater wyrusza w podróż w celu odnalezienia Sean'a O'Connella i jego brakującej fotografii. Zadanie jest bardzo ważne, bo ma być to ostatni wydrukowany numer Life zanim zacznie być wydawany jedynie w wersji elektronicznej. Oczywiście, jak się później okaże, Walter znajdzie coś o wiele bardziej cenniejszego niż sam negatyw nr 25.
   W roli głównej wystąpił znany wszystkim amerykański komik Ben Stiller, który również w "Sekretnym życiu..." spełnił funkcję reżysera. Wyszło mu to całkiem dobrze, naszą uwagę na pewno przykują fantastyczne zdjęcia podczas podróży Waltera do Islandii czy Afganistanu. Kilkakrotnie byłem miło zaskoczony, bo Stiller zabawił się konwencjami, zarówno parodiując inne filmy bądź toposy wrosłe w hollywoodzkie kino jak i dodając nowe pomysły - i tu przypomina mi się scena przeszukiwania Waltera przez policjantów na lotnisku. Pamiętać trzeba też o Seannie Pennie, odgrywającego postać O'Connella, rządnego przygód fotografa i szalenie odważnego przyjaciela Waltera Mittiego. Scena z Pennem jest krótka, jednak bardzo treściwa i co ciekawe, jest po prostu bardzo zwyczajna, pozbawiona patosu i biegu do siebie w zwolnionym tempie dwóch utęsknionych, bliskich sobie osób.
    Nie zapominajmy też o muzyce czy efektach specjalnych, bo to również stanowi ważną siłę napędową filmu. Choć film reklamowany jako "nowy Forrest Gump" niestety ma duże braki pod względem scenariusza. A bez ścieżki dźwiękowej i obrazów CGI (stworzonych jedynie za pomocą komputera), film by nudził.  I choć muszę przyznać, że zwiastun  jak i plakat promujący mnie totalnie przekonały i mocno zachęciły do "Sekretnego życia Waltera Mittiego" , niestety po seansie trochę się zawiodłem. Mimo że film trwa około dwie godziny, to jednak brakowało mi ostatecznie tej przygody, podczas której stopniowo dochodziłoby do przemiany głównego bohatera. Pomimo wszystko można ten film obejrzeć, znajdziemy w nim bowiem i trochę wygłupów Stillera, i odrobinę akcji czy momenty wzruszenia bądź zadumy. Natomiast ja znalazłem  w sobie zazdrość do Waltera Mittiego myśląc to wspomniane wyżej: "kurczę, ja też tak chcę". Film więc
zdecydowanie motywuje do rozpoczęcia podróży po swoje życiowe cele, a ja zacząłem od małych kroczków, choćby i pierwszym z nich mogłoby być napisanie tej recenzji.

7/10