piątek, 22 maja 2015

"I don't have friends, I got family"

     Wreszcie się doczekałem. Siódma część Fast & Furious już za mną. Choć wiem, że nie warto mieć oczekiwań wobec czegokolwiek, ciężko było się ich wyzbyć oglądając smakowite zapowiedzi filmu. Tym bardziej moją ciekawość budził sposób w jaki  twórcy poradzili sobie z dograniem scen z udziałem Paula Walkera, który zginął w wypadku samochodowym w międzyczasie kręcenia zdjęć.
     Fabuła siódemki jest powiązana bezpośrednio z jej poprzedniczką. Na Rodzinę Dominica Toretto zaczyna polować były żołnierz do zadań specjalnych Deckard Shaw, brat Owena, głównego antagonisty z Furious 6. Dla Rodziny będzie to nie lada wyzwanie gdyż Deckard jest chodzącą maszyną do zabijania o czym się przekonamy już od pierwszej sceny. Możliwość dopadnięcia Shawa oferuje szef tajnych służb Pan Nikt w zamian za pomoc w odnalezieniu skradzionego przez gangsterów Oka Boga, czyli specjalnego oprogramowania umożliwiającego inwigilowanie wszystkich ludzi za pomocą urządzeń elektronicznych. Naszą ulubioną grupę czeka więc długa wyprawa przez Kaukaz a nawet Dubaj aż do finalnej konfrontacji na ulicach Los Angeles.
     Część siódma jest najdłuższa z całej serii a to z powodu ogromu akcji jaką jesteśmy uraczeni. Mamy fantastyczne sceny walki z udziałem Jasona Stathama, który jak wiadomo, jest  specjalistą w dziedzinie kina akcji. Bijatykom niekiedy towarzyszy ciekawa praca kamery, co uświadczymy np. podczas konfrontacji Shawa z agentem Hobbsem. Ponadto Toretto i spółka gdzie się nie pojawią sieją zamęt i zniszczenie  a to wszystko przez stąpającego im po piętach Deckarda Shawa. Zdaje się, że rola bezwzględnego mściciela była specjalnie napisana pod Jasona Stathama, który choć rzadko gra "tego złego", tym razem zrobił to znakomicie. Kilkakrotnie Deckard wzbudził we mnie obawę, czy Rodzina poradzi sobie z kimś tak szalonym. No i nie zapominajmy o humorystycznych dialogach z udziałem Tyrese'a Gibsona, które stały się już pewną wizytówką serii.
    Osobą odpowiedzialną za scenariusz jest Chris Morgan, którego niektórzy winią za trzecią część Szybkich i wściekłych, czyli Tokio Drift. Morgan jednak się wybronił i sprytnie nawiązał do filmu, który pozornie niewiele miał wspólnego z resztą serii. Tak też przez chwilę w Furious 7 zobaczymy Lucasa Blacka, który według plotek jest wiązany z większą rolą w ósmej części Szybkich i wściekłych. Ale o tym czy się pojawi dowiemy się dopiero w 2017 roku. Podobnie sytuacja dotyczy młodszych braci Paula Walkera, Caleba i Cobba, którzy naprzemiennie zastępowali zmarłego brata w kilkunastu scenach. Twórcy następnie komputerowo nałożyli twarz Paula na odgrywaną przez braci Walkerów postać a także wykorzystali scenki i ujęcia z udziałem Paula, z poprzednich części. Kilkakrotnie próbowałem zgadywać w której scenie faktycznie grał Paul, a w której któryś z jego braci ale niestety nie udało mi się przyłapać twórców na błędzie.
    Szybcy i wściekli 7 choć trwa niecałe 2,5 godziny jednak nie wymusza na nas zerkania na zegarek. Kiedy chwilami odnosiłem wrażenie, że akcji i wybuchów jest już za dużo, w tym momencie film zwalniał. Gdybym miał się do czegoś przyczepić to jedynie do samej postaci Shawa, który wydawał się być nieśmiertelny i nieczuły na jakikolwiek ból. Już od lat wiadomo, że twórcy Szybkich i wściekłych mają w poważaniu prawa fizyki i biologii ale jednak, moim zdaniem, trochę przesadzili z tą nietykalnością Deckharda. Kolejną rzeczą, która mnie zastanawia jest to czy Chris Morgan podoła przy tworzeniu kolejnej części ponieważ poprzeczka została postawiona naprawdę wysoko. Nie wiem czy po czołgu, helikopterze i uzbrojonym w maszynowe działka autobusie da się coś jeszcze wymyślić. A może dostaniemy powrót do korzeni i będzie więcej wyścigów niż pościgów? Póki co trzeba czekać.
    Na koniec muszę koniecznie wspomnieć o samym przesłaniu i  końcówce filmu. Dom Toretto podkreśla ważność posiadania rodziny a ja słysząc takie słowa zaczynam się zastanawiać czy kino sensacyjne nie idzie przypadkiem w nowym kierunku? Kierunku gdzie John Rambo w chwilach odpoczynku od mordowania na wojnie opiekuje się dziećmi a Terminator przerywa poszukiwania Sarah O'Connor aby przeprowadzić bezpiecznie staruszkę przez jezdnię? Może i przesadzam, ale widok twardziela potrafiącego czule zaopiekować się bliskimi nie dość, że umacnia pewien trend w kulturze to i odzwierciedla zmiany zachodzące w roli współczesnego mężczyzny, który już nie musi ciągle polować i walczyć. Takim mężczyzną, żyjącym pełnią życia, odważnym ale i kochającym był na pewno Paul Walker, któremu film Szybcy i wściekli 7 został dedykowany. Przejmująca końcówka filmu Was emocjonalnie zmiażdży a towarzyszyć temu będzie wzruszająca piosenka Wiz Khalifa i Charliego Putha "See you again", która bezpośrednio odnosi się do ciepłych relacji aktorów z ekipy Fast & Furious poza planem filmowym.
Jako fan serii całkowicie zdaję sobie sprawę, że będzie to stronnicza ocena: 9/10


środa, 19 listopada 2014

Rzeczywistość gryzie.

 "Orbitowanie bez cukru"
    Nawiązując do "Powrotu do Garden State", mojej przedostatniej recenzji przedstawiam kolejny film o dojrzewaniu i kolejny za którego reżyserię zabrał się znany aktor i w dodatku komik. Tym razem jednak chodzi o Bena Stillera. "Orbitowanie bez cukru" z 1994 jest jego pełnometrażowym debiutem, a sam aktor wystąpił w nim jako jedna z głównych postaci.
     Data premiery filmu jest dość ważna, bo według wielu opinii "Reality Bites" jest pocztówką z lat 90tych: złotej ery MTV, fascynacji muzyką Nirvany czy rozkwitem wszelkiej maści talk-show w telewizji. W takich to właśnie czasach Stiller umieścił swoich bohaterów - świeżo upieczonych studentów, którzy zaczynają raczkować w dorosłym życiu. Lelainę (Winona Ryder), poznajemy jako ambitną i zaradną dziewczynę, której marzeniem jest kariera reżyserska. Jej przeciwieństwem jest stylizowany na Kurta Cobaina Troy (Ethan Hawke), podkochujący się w Lelaine lekkoduch i romantyk, który jak sam stwierdza: "nie musi poprawiać świata". Towarzyszą im przepadająca za przygodnym seksem Vickie oraz Sammy, który boryka się z akceptacją swojej seksualnej tożsamości. Wkrótce Lelaine poznaje producenta telewizyjnego, pragmatycznego Michaela (Ben Stiller) między którymi rodzi się uczucie.
    Trzeba przyznać, że "Orbitowanie bez cukru" należy do filmów udanych. Czujemy klimat lat 90tych,  m.in. też dzięki użytych w filmie piosenkach. Usłyszymy w nim utwory większości wszystkim znane jak: "My Sharona" The Knack, "All I want is you" U2 czy coś z repertuaru  Lenny'go Kravitza lub Big Mountain. Główne postacie, czyli Lelaine oraz Troy są fajnie napisane i zagrane, przez co nie tyle do nich poczułem sympatię co i chwilami utożsamiałem się z nimi. Michael natomiast, z biegiem akcji, schodzi na drugi plan przez co fabuła może nam się wydawać przewidywalna tak jak ostateczny wybór ukochanego przez Lelaine. Niezwykle spłyconą postacią jest również Sammy, który wydaje się po prostu nijaki, choć w pierwszym zamyśle Stillera domyślam się, że Sammy miał posiadać etykietę kujona.
    Postacie bliżej poznajemy przez urywki amatorskiego filmu dokumentalnego kręconego przez Lelaine. Bohaterowie opowiadają do kamery o swoich życiowych rozterkach oraz bagażu doświadczeń z przeszłości. Dzięki temu mamy okazję ich bliżej poznać i zobaczyć z czym się muszą zmagać na początku dorosłego życia. Widać, że Stiller oprócz zabawiania nas również stara się zwrócić uwagę na to co ważne i wymagające chwili zastanowienia.
    Film na pewno ciągle aktualny, mimo że upłynęło już 20 lat od chwili premiery. Młodzi dorośli są dalej pogubieni, dalej szukają sensu swojego życia, wymarzonej pracy i szczęścia. Jedyne co mogło się zmienić to cała popkulturowa otoczka oraz pojawienie się Internetu - alternatywnej rzeczywistości. Swoją drogą ciekawe czy gdyby "Orbitowanie bez cukru" miało swoją premierę dziś, to nie miało by formy rozmowy na czacie na Facebooku?
8/10

niedziela, 9 listopada 2014

W oczekiwaniu na "Furious 7"...

   Ryk silnika, skąpo ubrane panienki, głośna muzyka i NO2, które daje nam ten cudowny efekt rozmycia. Przez chwilę czujemy się Bogiem, przez chwilę możemy wszystko...
   Serię "Need for Speed" pamięta raczej każdy gracz komputerowy, nawet ten, który omijał wyścigówki szerokim łukiem. Gry spod znaku Electronic Arts na pierwszy rzut oka na pewno kojarzymy z adrenaliną i frajdą jaką dawały ucieczki przed stróżami prawa, czy omijanie beczek zrzucanych z policyjnego helikoptera. Było więc wiadome, że po filmie o tym samym tytule i oficjalnym patronacie EA Games będę się spodziewać tego samego. Czy jednak "The Need for Speed" spełnił moje oczekiwanie?
   Aby film wciągał, musi być w nim bohater. Musi być ktoś z kim widz może się utożsamić. Choć seria gier dawała właśnie nam możliwość kierowania coraz to lepszymi samochodami, w filmie sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Dlatego "ja - typowy gracz" został zastąpiony postacią Tobey'a Marshalla, mechanika i zapalonego rajdowca, który wraz z grupką przyjaciół prowadzi warsztat samochodowy. Niestety aby wyjść z długu i dorobić na czynsz musi brać udział w nielegalnych wyścigach. I oto pewnego razu do jego warsztatu zagląda były przyjaciel a obecnie wróg numer jeden - milioner Dino Brewster z ofertą nie do odrzucenia. Jednak intencje Dino od początku nie były czyste przez co Tobey zostaje wrobiony w morderstwo i trafia do więzienia. Wkrótce nasz bohater jednak otrzymuje szansę odegrania się na Brewsterze.
   Fabuła jak widać do skomplikowanych nie należy. Need for Speed jest bowiem prostą historią o zemście. Pomysł nie przypadł mi do gustu, zwłaszcza gdy przez lata byliśmy karmieni w grach motywem: "od zera do bohatera". Taki obraz, przedstawiający historię nikomu nieznanego rajdowca, który zaczyna piąć się na liście najlepszych podziemnych kierowców może i byłby przewidywalny jednak bardziej pasowałby do formuły serii. Z kolei "The Need For Speed" z każdą minutą coraz bardziej oddala się od pierwowzoru i jakby na siłę próbuje nie przypominać konkurencyjnych "Szybkich i wściekłych". Nawet twórcy zrezygnowali z podtlenku azotu, z czego w "Fast and Furious" nie sposób było się opędzić.
  W głównej roli zagrał Aaron Paul, wschodząca gwiazda Hollywoodu, znany przede wszystkim jako Jesse Pinkman z popularnego serialu "The Breaking Bad". Choć aktor starał się jak mógł, bardzo ciężko było mi go zaakceptować jako wrażliwego i mówiącego ściszonym głosem twardziela jakże różniącego się od nieodpowiedzialnego narkomana i luzaka jakim był Jesse. Niestety scenarzyści wymusili na postaci Tobey'a wiele smutnych wątków przez co Aarona widzimy często ze łzami w oczach, co w zamierzeniu dla typowego blockbustera nie jest dobrym rozwiązaniem.
    Film byłby nudny gdyby nie postać Julii Maddon z która to przyjdzie Tobeyowi z pomocą w rywalizacji z Brewsterem. Brytyjska aktorka o nietypowym imieniu Imogen Poots ewidentnie dała historii sporo świeżości i zmotywowała mnie do dokończenia seansu tego niezbyt udanego filmu. Wiele do życzenia pozostawia również główny zły, czyli Dino. Grający go Dominic Cooper zachowywał się jak zagubione dziecko we mgle, może i z winy scenarzystów, którzy nie rozbudowali motywów dla których Dino tak bardzo nienawidził Tobeya. Podobne mam odczucia do grupki przyjaciół Marshalla, którzy za wszelką cenę próbują być śmieszni co prowadzi do tego, że żaden z nich się niczym specjalnym nie wyróżnia od reszty.
   Moim zdaniem "Need for Speed" jest filmem mocno niedopracowanym, za wszelką cenę próbującym być czymś świeżym w tematyce nielegalnych wyścigów, co jest trudne gdy rywalem są "Szybcy i wściekli". Z rzeczy wartych wspomnienia, które mogą zachęcić do obejrzenia tegoż dzieła to na pewno niektóre ciekawe ujęcia podczas samych wyścigów. Mimo błędów i dłużyzn (nawet same wyścigi jakoś nie porywają) ogląda się chwilami naprawdę przyjemnie a to głównie dzięki dwójce głównych bohaterów. Zdecydowanie jednak polecam grę. Albo "The Breaking Bad".



6/10

wtorek, 26 sierpnia 2014

Wracamy do domu.

"Powrót do Garden State"
    Istnieje pewna grupa filmów, najczęściej oscylują one na granicy gatunków dramatu i komedii obyczajowej, a są to filmy zawierające pewien utarty już schemat. Scenariusz bowiem opiera się na powrocie głównego bohatera do domu, oczywiście po wielu latach nieobecności, aby móc rozprawić się z demonami przeszłości. Osobiście, uwielbiam tego typu scenariusze i z czystym sumieniem mogę polecić na przykład debiut reżyserski Dito Montiela"Wszyscy twoi święci", "Świetliki w ogrodzie" z Ryanem Reynoldsem, bądź ostatnio widziany przeze mnie "House of D" za którego reżyserię zabrał się sam David Duchovny.
    Właśnie obejrzałem kolejne dzieło podchodzące pod wyżej wymieniony schemat. Jest to "Powrót do Garden State". Odpowiedzialnym za scenariusz i reżyserię jest Zach Braff, który wówczas zaliczał swój debiut po drugiej stronie kamery. Aktor znany jest z głównej roli w komediowym serialu "Hoży doktorzy". Zach wcielił się tam w postać nieudacznika - marzyciela, doktora Johna J.D. Doriana, a jego zamiłowanie do komedii i satyry kilkakrotnie zobaczymy w "Powrocie do Garden State", choć w delikatniejszym tonie.

    Film ten opowiada historię Andrew Largemana, który wraca do rodzinnych stron aż po 10 latach spędzonych w Los Angeles. Andrew jest początkującym aktorem, w dodatku korzysta z usług psychiatry oraz cierpi na gwałtowne napady bólu głowy. Również od dziecka przyjmuje leki czyniące go otępiałym. Przyczyną nagłej wizyty jest tragiczna śmierć matki. Andrew otrzymuje więc okazję ponownego spotkania się z dawnymi przyjaciółmi oraz z ojcem, z którym relacja niezbyt dobrze się układa. Jednak tym razem powrót do domu będzie czymś wyjątkowym, a to za sprawą poznania energicznej Sam, z którą bohater nawiąże głęboką przyjaźń.
     Rolę młodziutkiej Sam zagrała, obiekt mych westchnień, czyli Natalie Portman. Przez pewien etap filmu stanowi ona przeciwieństwo naszego głównego bohatera. Zach odgrywający postać Andrew, otępiałego i znudzonego życiem mężczyzny spisał się naprawdę nieźle. To samo można powiedzieć o reżyserii i scenariuszu, choć zdarzają się teksty sprawiające wrażenie bezsensownych bądź sceny już wielokrotnie przemielone w różnego tego typu produkcjach. Mimo wszystko nie przeszkadza to w całościowym odbiorze utworu, który jest głównie historią o dojrzewaniu oraz określaniu siebie i własnych pragnień. Tematyka nie tylko lubiana przeze mnie ale także przez samego Zach'a, którego kolejne dzieło "Wish I was here" (wkrótce będzie mieć swoją premierę) również opowiada o zmaganiach dorosłego z dziecięcymi fantazjami. Koniecznie muszę wspomnieć o kolejnym bohaterze z Garden State - przyjacielu Andrew czyli Marku granym przez Petera Sarsgaarda. Postać jest naprawdę ciekawa i wiarygodna a z udziałem Petera stanowi świetne tło do pary z pierwszego planu - Braffa i Portman.
     Głosy krytyki twierdzą, że film jest chwilami przegadany i nudny. Dla mnie jest on jednym z niewielu którego seans niezwykle szybko mi minął. Oglądało mi się go bardzo przyjemnie, od czasu do czasu otrzymujemy w nim subtelne gagi, przez co może i "Powrót do Garden State" jako komedia nas nie zwali z nóg, ale na pewno można go będzie mile wspominać. Ja będę na pewno.


8/10

wtorek, 12 sierpnia 2014

"Kapitanie, mój kapitanie!"

    Dziś rano dowiedziałem się o śmierci Robina Williamsa jednego z najwybitniejszych amerykańskich komików oraz aktorów przełomu XX i XXI wieku. Z początku pomyślałem, że to głupi żart. Media nie raz kogoś niechcący uśmiercały. Niestety, news okazał się prawdą.
    Robin Williams był aktorem wyjątkowym. Dzięki poczuciu humoru oraz ciepłemu uśmiechowi jakim potrafił obdarzać nas z ekranu świetnie spisywał się w filmach dla dzieci. Dość mocno pamiętam go z takich filmów jak: genialna adaptacja "Piotrusia Pana" pt. "Hook", sympatyczna "Pani Doubtfire" czy przygodowe "Jumanji".
    Wystąpił w sporej liczbie komedii i również zapamiętamy go jako mistrzowskiego stand upera. Także odnajdywał się w dramatach, a większość z nich dziś są uznawane za filmową klasykę. Koniecznie teraz muszę  przywołać "Przebudzenia", "Stowarzyszenie umarłych poetów" czy "Buntownika z wyboru".
    Potrafił wzruszać oraz siać uśmiech na twarzach widzów nawet wtedy, gdy powinno być nam smutno. I tu należy wspomnieć o tytułowej roli w "Patch Adams" czy świetnym "Fisher Kingu" gdzie grał wzbudzającego sympatię, bezdomnego szaleńca. Natomiast jego niezwykły talent do improwizacji i parodiowania możemy ujrzeć w komediodramacie wojennym "Good Morning Vietnam". Nie do końca jednak można było zaufać jego sympatycznej twarzy o czym przekonaliśmy się oglądając thillery "Zdjęcie w godzinę" czy "Bezsenność" Christophera Nolana.
    Odszedł w tym roku kolejny, po Phillipie Seymourze Hoffmanie, wybitny aktor. Kolejny który cierpiał na depresję oraz miał problemy z narkotykami. Nawiązując do mojej wcześniejszej recenzji "Mulholland Drive" i smutnego przesłania tegoż filmu, otrzymaliśmy dziś potwierdzenie tezy Davida Lyncha jako iż faktycznie Hollywood jest piekłem. Piekłem dającym sławę i pieniądze jednak zabierającym zdrowie oraz szczęście. Chociaż może nie ograniczajmy się jedynie na Hollywoodzie?
    Robina Williamsa na pewno będzie mi bardzo brakować. Zapamiętam go jako wrażliwego i wesołego człowieka, który gdzieś głęboko, za maską uśmiechu i przebojowości krył ból codziennego zmagania się z własnymi słabościami.

Robin Williams 1951 - 2014

niedziela, 20 lipca 2014

Potęga kreatywności

  Dziś będzie trochę Youtubowo i U2owo. Otóż zrobiłem małe zestawienie coverów słynnego przeboju irlandzkiej grupy U2 pt. "With or without you" pochodzącego z 1987, z jakże pamiętnej płytki "Joshua Tree". Utwór ten stał się ogromnym przebojem i do dziś godnie reprezentuje twórczość Bono i spółki. Na tyle godnie, że stał się również inspiracją do wykonania go przez inne zespoły. Prosty bas, cudna gitara The Edge'a z użyciem efektu Echo i jak wiadomo - przyciągający głos Bono świetnie podkreślający melancholijny nastrój piosenki. Sukces murowany.  A teraz oryginał (wątpię żeby ktoś nie znał):

  Pierwszy cover, pod którym zresztą U2 się podpisał był w wykonaniu LMC. Użyto w nim linii melodycznej piosenki, jednak słowa jak i sam tytuł utworu są zupełnie inne:


  A co gdyby stworzyć "With or without you" w stylu Erica Claptona? Próby, bardzo udanej zresztą, podjął się belgijski gitarzysta Jacques Stotzem. Piosenka wykonana w technice fingerstyle, czyli bass, perkusja, gitara i wokal wykonane na jednej gitarze:

   
  W końcu pora na trochę elektroniki. Młody zespół Kye Kye grający muzykę indie electronic. Wokal świetny, oryginalny podkład i ciekawie zrobiony teledysk. No i co tu dużo mówić, tego trzeba po prostu posłuchać:
  I na koniec zestawienia zespół 2Cellos. Dwóch młodych wiolonczelistów z Chorwacji zaoferowało nam niezwykle romantyczną wersję utworu. Warto, zwłaszcza w wersji koncertowej: 


  Respekt -  dla tych twórców, którzy nie tyle potrafią zainspirować się i zapożyczać z oryginału co i dodać coś nowego, świeżego. Po tym poznaje się właśnie kreatywność i talent artysty. I co, która wersja Wam się podoba najbardziej?

wtorek, 15 lipca 2014

Silencio...

    Dawno nie czułem takiej  potrzeby jak wczoraj,   przeżycia  znanego dobrze wszystkim uczucia zwanego "mindfuckiem". Od czasu do czasu rośnie, pewnie nie tylko we mnie, chęć wykrzyczenia przez ekran do twórców oglądanego dzieła słynnego: WHAT THE FUCK?!? A filmy Davida Lyncha idealnie spełniają takie marzenia. Więc wziąłem na przegląd "Mulholland Drive".
    Jest to film z 2001 roku z Naomi Watts i Laurą Harring w rolach głównych. Historia zaczyna się całkiem przyzwoicie jak na thiller przystało, otóż od razu pojawia się intryga i związane z nią nasze pierwsze pytania. Rita, niezwykle atrakcyjna brunetka, ulega wypadkowi samochodowemu w wyniku którego traci pamięć. Aby się uchronić przed policją oraz tajemniczym mężczyznom, którzy tuż przed zderzeniem planowali i tak zabić Ritę, znajduje schronienie w posiadłości ciotki kolejnej z bohaterek, czyli Betie Elms. Betie jest młodą dziewczyną, prosperującą na wielką karierę w Hollywood, która dopiero co przybyła do Los Angeles. W trakcie wprowadzania się do domu ciotki natrafia na Ritę, której jednak dzięki swej naiwności i dobroci postanawia udzielić pomocy. 
    Jeśli chodzi o fabułę, to jedynie tyle mogę zdradzić. Akcja rozkręca się wolno, pojawiają się nowe wątki jakby nie mające nic wspólnego z głównymi bohaterkami a jednak później przekonujemy się, że wszystko jest perfekcyjnie przez Lyncha zaplanowane. Można tak powiedzieć np. o pamiętnej scenie śniadania z samego początku filmu, w której dwóch mężczyzn próbuje się przekonać co jest snem a co rzeczywistością. Według mnie należy ona do pierwszej piątki najstraszniejszych scen z filmografii Lyncha.
    Później następuje rozwinięcie historii co nie należy do mocnej części filmu. Film może nam się dłużyć aż do punktu kulminacyjnego, czyli odwiedzenia przez Betie i Ritę klubu Silencio, odpowiednika Twinpeaksowej Czarnej Chaty. I od tej pory dostajemy po głowie coraz to kolejnymi twistami fabularnymi oraz retrospekcjami dla których naprawdę warto było czekać. I które naprawdę ciężko zrozumieć. Można więc zakończyć seans z uczuciem rezygnacji i mocnym przekonaniem o ograniczeniu naszego umysłu ALE: od czego są internetowe interpretacje? Tak też dociekliwi mogą sobie wydłużyć przyjemność przeżywania filmu dzięki  poszukiwaniom podpowiedzi internautów jak zrozumieć obejrzane przed chwilą dzieło. A smaczków, których sami nie wyłapiemy po pierwszym seansie jest dużo, jak na przykład pewien napis na plakacie przylepionym do przydrożnej latarni głoszący kwestię: "Hollywood is Hell" co jak się później okaże jest też  smutnym przesłaniem "Mulholland Drive".
    Film zachwycił mnie też dzięki grze Naomi Watts, która świetnie wcieliła się w postać Betie i niezwykle przekonująco ukazała jej skrajne oblicza. To samo można powiedzieć o lynchowskiej otoczce w postaci symboli oraz nawiązań do poprzednich jego dzieł jak Lost Highway czy Miasteczko Twin Peaks. 
    Zadaniem teatru w starożytnej Grecji było wywołanie w widzu katharsis, uczucia oczyszczenia które wieńczyło przeżywanie oglądanej sztuki. Na dzień dzisiejszy nie tylko teatr ale także i filmy mają pełnić taką funkcję. Mulholland Drive wywołuje różne emocje i moim zdaniem spełnia zadanie narzucone przez Starożytnych. Jednak nie jest to film dla każdego, a zwłaszcza nie dla masowego odbiorcy, który zadowoli się  w kinie rozpierduchą a'la twórczość Michaela Baya.



8/10