środa, 19 listopada 2014

Rzeczywistość gryzie.

 "Orbitowanie bez cukru"
    Nawiązując do "Powrotu do Garden State", mojej przedostatniej recenzji przedstawiam kolejny film o dojrzewaniu i kolejny za którego reżyserię zabrał się znany aktor i w dodatku komik. Tym razem jednak chodzi o Bena Stillera. "Orbitowanie bez cukru" z 1994 jest jego pełnometrażowym debiutem, a sam aktor wystąpił w nim jako jedna z głównych postaci.
     Data premiery filmu jest dość ważna, bo według wielu opinii "Reality Bites" jest pocztówką z lat 90tych: złotej ery MTV, fascynacji muzyką Nirvany czy rozkwitem wszelkiej maści talk-show w telewizji. W takich to właśnie czasach Stiller umieścił swoich bohaterów - świeżo upieczonych studentów, którzy zaczynają raczkować w dorosłym życiu. Lelainę (Winona Ryder), poznajemy jako ambitną i zaradną dziewczynę, której marzeniem jest kariera reżyserska. Jej przeciwieństwem jest stylizowany na Kurta Cobaina Troy (Ethan Hawke), podkochujący się w Lelaine lekkoduch i romantyk, który jak sam stwierdza: "nie musi poprawiać świata". Towarzyszą im przepadająca za przygodnym seksem Vickie oraz Sammy, który boryka się z akceptacją swojej seksualnej tożsamości. Wkrótce Lelaine poznaje producenta telewizyjnego, pragmatycznego Michaela (Ben Stiller) między którymi rodzi się uczucie.
    Trzeba przyznać, że "Orbitowanie bez cukru" należy do filmów udanych. Czujemy klimat lat 90tych,  m.in. też dzięki użytych w filmie piosenkach. Usłyszymy w nim utwory większości wszystkim znane jak: "My Sharona" The Knack, "All I want is you" U2 czy coś z repertuaru  Lenny'go Kravitza lub Big Mountain. Główne postacie, czyli Lelaine oraz Troy są fajnie napisane i zagrane, przez co nie tyle do nich poczułem sympatię co i chwilami utożsamiałem się z nimi. Michael natomiast, z biegiem akcji, schodzi na drugi plan przez co fabuła może nam się wydawać przewidywalna tak jak ostateczny wybór ukochanego przez Lelaine. Niezwykle spłyconą postacią jest również Sammy, który wydaje się po prostu nijaki, choć w pierwszym zamyśle Stillera domyślam się, że Sammy miał posiadać etykietę kujona.
    Postacie bliżej poznajemy przez urywki amatorskiego filmu dokumentalnego kręconego przez Lelaine. Bohaterowie opowiadają do kamery o swoich życiowych rozterkach oraz bagażu doświadczeń z przeszłości. Dzięki temu mamy okazję ich bliżej poznać i zobaczyć z czym się muszą zmagać na początku dorosłego życia. Widać, że Stiller oprócz zabawiania nas również stara się zwrócić uwagę na to co ważne i wymagające chwili zastanowienia.
    Film na pewno ciągle aktualny, mimo że upłynęło już 20 lat od chwili premiery. Młodzi dorośli są dalej pogubieni, dalej szukają sensu swojego życia, wymarzonej pracy i szczęścia. Jedyne co mogło się zmienić to cała popkulturowa otoczka oraz pojawienie się Internetu - alternatywnej rzeczywistości. Swoją drogą ciekawe czy gdyby "Orbitowanie bez cukru" miało swoją premierę dziś, to nie miało by formy rozmowy na czacie na Facebooku?
8/10

niedziela, 9 listopada 2014

W oczekiwaniu na "Furious 7"...

   Ryk silnika, skąpo ubrane panienki, głośna muzyka i NO2, które daje nam ten cudowny efekt rozmycia. Przez chwilę czujemy się Bogiem, przez chwilę możemy wszystko...
   Serię "Need for Speed" pamięta raczej każdy gracz komputerowy, nawet ten, który omijał wyścigówki szerokim łukiem. Gry spod znaku Electronic Arts na pierwszy rzut oka na pewno kojarzymy z adrenaliną i frajdą jaką dawały ucieczki przed stróżami prawa, czy omijanie beczek zrzucanych z policyjnego helikoptera. Było więc wiadome, że po filmie o tym samym tytule i oficjalnym patronacie EA Games będę się spodziewać tego samego. Czy jednak "The Need for Speed" spełnił moje oczekiwanie?
   Aby film wciągał, musi być w nim bohater. Musi być ktoś z kim widz może się utożsamić. Choć seria gier dawała właśnie nam możliwość kierowania coraz to lepszymi samochodami, w filmie sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Dlatego "ja - typowy gracz" został zastąpiony postacią Tobey'a Marshalla, mechanika i zapalonego rajdowca, który wraz z grupką przyjaciół prowadzi warsztat samochodowy. Niestety aby wyjść z długu i dorobić na czynsz musi brać udział w nielegalnych wyścigach. I oto pewnego razu do jego warsztatu zagląda były przyjaciel a obecnie wróg numer jeden - milioner Dino Brewster z ofertą nie do odrzucenia. Jednak intencje Dino od początku nie były czyste przez co Tobey zostaje wrobiony w morderstwo i trafia do więzienia. Wkrótce nasz bohater jednak otrzymuje szansę odegrania się na Brewsterze.
   Fabuła jak widać do skomplikowanych nie należy. Need for Speed jest bowiem prostą historią o zemście. Pomysł nie przypadł mi do gustu, zwłaszcza gdy przez lata byliśmy karmieni w grach motywem: "od zera do bohatera". Taki obraz, przedstawiający historię nikomu nieznanego rajdowca, który zaczyna piąć się na liście najlepszych podziemnych kierowców może i byłby przewidywalny jednak bardziej pasowałby do formuły serii. Z kolei "The Need For Speed" z każdą minutą coraz bardziej oddala się od pierwowzoru i jakby na siłę próbuje nie przypominać konkurencyjnych "Szybkich i wściekłych". Nawet twórcy zrezygnowali z podtlenku azotu, z czego w "Fast and Furious" nie sposób było się opędzić.
  W głównej roli zagrał Aaron Paul, wschodząca gwiazda Hollywoodu, znany przede wszystkim jako Jesse Pinkman z popularnego serialu "The Breaking Bad". Choć aktor starał się jak mógł, bardzo ciężko było mi go zaakceptować jako wrażliwego i mówiącego ściszonym głosem twardziela jakże różniącego się od nieodpowiedzialnego narkomana i luzaka jakim był Jesse. Niestety scenarzyści wymusili na postaci Tobey'a wiele smutnych wątków przez co Aarona widzimy często ze łzami w oczach, co w zamierzeniu dla typowego blockbustera nie jest dobrym rozwiązaniem.
    Film byłby nudny gdyby nie postać Julii Maddon z która to przyjdzie Tobeyowi z pomocą w rywalizacji z Brewsterem. Brytyjska aktorka o nietypowym imieniu Imogen Poots ewidentnie dała historii sporo świeżości i zmotywowała mnie do dokończenia seansu tego niezbyt udanego filmu. Wiele do życzenia pozostawia również główny zły, czyli Dino. Grający go Dominic Cooper zachowywał się jak zagubione dziecko we mgle, może i z winy scenarzystów, którzy nie rozbudowali motywów dla których Dino tak bardzo nienawidził Tobeya. Podobne mam odczucia do grupki przyjaciół Marshalla, którzy za wszelką cenę próbują być śmieszni co prowadzi do tego, że żaden z nich się niczym specjalnym nie wyróżnia od reszty.
   Moim zdaniem "Need for Speed" jest filmem mocno niedopracowanym, za wszelką cenę próbującym być czymś świeżym w tematyce nielegalnych wyścigów, co jest trudne gdy rywalem są "Szybcy i wściekli". Z rzeczy wartych wspomnienia, które mogą zachęcić do obejrzenia tegoż dzieła to na pewno niektóre ciekawe ujęcia podczas samych wyścigów. Mimo błędów i dłużyzn (nawet same wyścigi jakoś nie porywają) ogląda się chwilami naprawdę przyjemnie a to głównie dzięki dwójce głównych bohaterów. Zdecydowanie jednak polecam grę. Albo "The Breaking Bad".



6/10