środa, 19 listopada 2014

Rzeczywistość gryzie.

 "Orbitowanie bez cukru"
    Nawiązując do "Powrotu do Garden State", mojej przedostatniej recenzji przedstawiam kolejny film o dojrzewaniu i kolejny za którego reżyserię zabrał się znany aktor i w dodatku komik. Tym razem jednak chodzi o Bena Stillera. "Orbitowanie bez cukru" z 1994 jest jego pełnometrażowym debiutem, a sam aktor wystąpił w nim jako jedna z głównych postaci.
     Data premiery filmu jest dość ważna, bo według wielu opinii "Reality Bites" jest pocztówką z lat 90tych: złotej ery MTV, fascynacji muzyką Nirvany czy rozkwitem wszelkiej maści talk-show w telewizji. W takich to właśnie czasach Stiller umieścił swoich bohaterów - świeżo upieczonych studentów, którzy zaczynają raczkować w dorosłym życiu. Lelainę (Winona Ryder), poznajemy jako ambitną i zaradną dziewczynę, której marzeniem jest kariera reżyserska. Jej przeciwieństwem jest stylizowany na Kurta Cobaina Troy (Ethan Hawke), podkochujący się w Lelaine lekkoduch i romantyk, który jak sam stwierdza: "nie musi poprawiać świata". Towarzyszą im przepadająca za przygodnym seksem Vickie oraz Sammy, który boryka się z akceptacją swojej seksualnej tożsamości. Wkrótce Lelaine poznaje producenta telewizyjnego, pragmatycznego Michaela (Ben Stiller) między którymi rodzi się uczucie.
    Trzeba przyznać, że "Orbitowanie bez cukru" należy do filmów udanych. Czujemy klimat lat 90tych,  m.in. też dzięki użytych w filmie piosenkach. Usłyszymy w nim utwory większości wszystkim znane jak: "My Sharona" The Knack, "All I want is you" U2 czy coś z repertuaru  Lenny'go Kravitza lub Big Mountain. Główne postacie, czyli Lelaine oraz Troy są fajnie napisane i zagrane, przez co nie tyle do nich poczułem sympatię co i chwilami utożsamiałem się z nimi. Michael natomiast, z biegiem akcji, schodzi na drugi plan przez co fabuła może nam się wydawać przewidywalna tak jak ostateczny wybór ukochanego przez Lelaine. Niezwykle spłyconą postacią jest również Sammy, który wydaje się po prostu nijaki, choć w pierwszym zamyśle Stillera domyślam się, że Sammy miał posiadać etykietę kujona.
    Postacie bliżej poznajemy przez urywki amatorskiego filmu dokumentalnego kręconego przez Lelaine. Bohaterowie opowiadają do kamery o swoich życiowych rozterkach oraz bagażu doświadczeń z przeszłości. Dzięki temu mamy okazję ich bliżej poznać i zobaczyć z czym się muszą zmagać na początku dorosłego życia. Widać, że Stiller oprócz zabawiania nas również stara się zwrócić uwagę na to co ważne i wymagające chwili zastanowienia.
    Film na pewno ciągle aktualny, mimo że upłynęło już 20 lat od chwili premiery. Młodzi dorośli są dalej pogubieni, dalej szukają sensu swojego życia, wymarzonej pracy i szczęścia. Jedyne co mogło się zmienić to cała popkulturowa otoczka oraz pojawienie się Internetu - alternatywnej rzeczywistości. Swoją drogą ciekawe czy gdyby "Orbitowanie bez cukru" miało swoją premierę dziś, to nie miało by formy rozmowy na czacie na Facebooku?
8/10

niedziela, 9 listopada 2014

W oczekiwaniu na "Furious 7"...

   Ryk silnika, skąpo ubrane panienki, głośna muzyka i NO2, które daje nam ten cudowny efekt rozmycia. Przez chwilę czujemy się Bogiem, przez chwilę możemy wszystko...
   Serię "Need for Speed" pamięta raczej każdy gracz komputerowy, nawet ten, który omijał wyścigówki szerokim łukiem. Gry spod znaku Electronic Arts na pierwszy rzut oka na pewno kojarzymy z adrenaliną i frajdą jaką dawały ucieczki przed stróżami prawa, czy omijanie beczek zrzucanych z policyjnego helikoptera. Było więc wiadome, że po filmie o tym samym tytule i oficjalnym patronacie EA Games będę się spodziewać tego samego. Czy jednak "The Need for Speed" spełnił moje oczekiwanie?
   Aby film wciągał, musi być w nim bohater. Musi być ktoś z kim widz może się utożsamić. Choć seria gier dawała właśnie nam możliwość kierowania coraz to lepszymi samochodami, w filmie sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Dlatego "ja - typowy gracz" został zastąpiony postacią Tobey'a Marshalla, mechanika i zapalonego rajdowca, który wraz z grupką przyjaciół prowadzi warsztat samochodowy. Niestety aby wyjść z długu i dorobić na czynsz musi brać udział w nielegalnych wyścigach. I oto pewnego razu do jego warsztatu zagląda były przyjaciel a obecnie wróg numer jeden - milioner Dino Brewster z ofertą nie do odrzucenia. Jednak intencje Dino od początku nie były czyste przez co Tobey zostaje wrobiony w morderstwo i trafia do więzienia. Wkrótce nasz bohater jednak otrzymuje szansę odegrania się na Brewsterze.
   Fabuła jak widać do skomplikowanych nie należy. Need for Speed jest bowiem prostą historią o zemście. Pomysł nie przypadł mi do gustu, zwłaszcza gdy przez lata byliśmy karmieni w grach motywem: "od zera do bohatera". Taki obraz, przedstawiający historię nikomu nieznanego rajdowca, który zaczyna piąć się na liście najlepszych podziemnych kierowców może i byłby przewidywalny jednak bardziej pasowałby do formuły serii. Z kolei "The Need For Speed" z każdą minutą coraz bardziej oddala się od pierwowzoru i jakby na siłę próbuje nie przypominać konkurencyjnych "Szybkich i wściekłych". Nawet twórcy zrezygnowali z podtlenku azotu, z czego w "Fast and Furious" nie sposób było się opędzić.
  W głównej roli zagrał Aaron Paul, wschodząca gwiazda Hollywoodu, znany przede wszystkim jako Jesse Pinkman z popularnego serialu "The Breaking Bad". Choć aktor starał się jak mógł, bardzo ciężko było mi go zaakceptować jako wrażliwego i mówiącego ściszonym głosem twardziela jakże różniącego się od nieodpowiedzialnego narkomana i luzaka jakim był Jesse. Niestety scenarzyści wymusili na postaci Tobey'a wiele smutnych wątków przez co Aarona widzimy często ze łzami w oczach, co w zamierzeniu dla typowego blockbustera nie jest dobrym rozwiązaniem.
    Film byłby nudny gdyby nie postać Julii Maddon z która to przyjdzie Tobeyowi z pomocą w rywalizacji z Brewsterem. Brytyjska aktorka o nietypowym imieniu Imogen Poots ewidentnie dała historii sporo świeżości i zmotywowała mnie do dokończenia seansu tego niezbyt udanego filmu. Wiele do życzenia pozostawia również główny zły, czyli Dino. Grający go Dominic Cooper zachowywał się jak zagubione dziecko we mgle, może i z winy scenarzystów, którzy nie rozbudowali motywów dla których Dino tak bardzo nienawidził Tobeya. Podobne mam odczucia do grupki przyjaciół Marshalla, którzy za wszelką cenę próbują być śmieszni co prowadzi do tego, że żaden z nich się niczym specjalnym nie wyróżnia od reszty.
   Moim zdaniem "Need for Speed" jest filmem mocno niedopracowanym, za wszelką cenę próbującym być czymś świeżym w tematyce nielegalnych wyścigów, co jest trudne gdy rywalem są "Szybcy i wściekli". Z rzeczy wartych wspomnienia, które mogą zachęcić do obejrzenia tegoż dzieła to na pewno niektóre ciekawe ujęcia podczas samych wyścigów. Mimo błędów i dłużyzn (nawet same wyścigi jakoś nie porywają) ogląda się chwilami naprawdę przyjemnie a to głównie dzięki dwójce głównych bohaterów. Zdecydowanie jednak polecam grę. Albo "The Breaking Bad".



6/10

wtorek, 26 sierpnia 2014

Wracamy do domu.

"Powrót do Garden State"
    Istnieje pewna grupa filmów, najczęściej oscylują one na granicy gatunków dramatu i komedii obyczajowej, a są to filmy zawierające pewien utarty już schemat. Scenariusz bowiem opiera się na powrocie głównego bohatera do domu, oczywiście po wielu latach nieobecności, aby móc rozprawić się z demonami przeszłości. Osobiście, uwielbiam tego typu scenariusze i z czystym sumieniem mogę polecić na przykład debiut reżyserski Dito Montiela"Wszyscy twoi święci", "Świetliki w ogrodzie" z Ryanem Reynoldsem, bądź ostatnio widziany przeze mnie "House of D" za którego reżyserię zabrał się sam David Duchovny.
    Właśnie obejrzałem kolejne dzieło podchodzące pod wyżej wymieniony schemat. Jest to "Powrót do Garden State". Odpowiedzialnym za scenariusz i reżyserię jest Zach Braff, który wówczas zaliczał swój debiut po drugiej stronie kamery. Aktor znany jest z głównej roli w komediowym serialu "Hoży doktorzy". Zach wcielił się tam w postać nieudacznika - marzyciela, doktora Johna J.D. Doriana, a jego zamiłowanie do komedii i satyry kilkakrotnie zobaczymy w "Powrocie do Garden State", choć w delikatniejszym tonie.

    Film ten opowiada historię Andrew Largemana, który wraca do rodzinnych stron aż po 10 latach spędzonych w Los Angeles. Andrew jest początkującym aktorem, w dodatku korzysta z usług psychiatry oraz cierpi na gwałtowne napady bólu głowy. Również od dziecka przyjmuje leki czyniące go otępiałym. Przyczyną nagłej wizyty jest tragiczna śmierć matki. Andrew otrzymuje więc okazję ponownego spotkania się z dawnymi przyjaciółmi oraz z ojcem, z którym relacja niezbyt dobrze się układa. Jednak tym razem powrót do domu będzie czymś wyjątkowym, a to za sprawą poznania energicznej Sam, z którą bohater nawiąże głęboką przyjaźń.
     Rolę młodziutkiej Sam zagrała, obiekt mych westchnień, czyli Natalie Portman. Przez pewien etap filmu stanowi ona przeciwieństwo naszego głównego bohatera. Zach odgrywający postać Andrew, otępiałego i znudzonego życiem mężczyzny spisał się naprawdę nieźle. To samo można powiedzieć o reżyserii i scenariuszu, choć zdarzają się teksty sprawiające wrażenie bezsensownych bądź sceny już wielokrotnie przemielone w różnego tego typu produkcjach. Mimo wszystko nie przeszkadza to w całościowym odbiorze utworu, który jest głównie historią o dojrzewaniu oraz określaniu siebie i własnych pragnień. Tematyka nie tylko lubiana przeze mnie ale także przez samego Zach'a, którego kolejne dzieło "Wish I was here" (wkrótce będzie mieć swoją premierę) również opowiada o zmaganiach dorosłego z dziecięcymi fantazjami. Koniecznie muszę wspomnieć o kolejnym bohaterze z Garden State - przyjacielu Andrew czyli Marku granym przez Petera Sarsgaarda. Postać jest naprawdę ciekawa i wiarygodna a z udziałem Petera stanowi świetne tło do pary z pierwszego planu - Braffa i Portman.
     Głosy krytyki twierdzą, że film jest chwilami przegadany i nudny. Dla mnie jest on jednym z niewielu którego seans niezwykle szybko mi minął. Oglądało mi się go bardzo przyjemnie, od czasu do czasu otrzymujemy w nim subtelne gagi, przez co może i "Powrót do Garden State" jako komedia nas nie zwali z nóg, ale na pewno można go będzie mile wspominać. Ja będę na pewno.


8/10

wtorek, 12 sierpnia 2014

"Kapitanie, mój kapitanie!"

    Dziś rano dowiedziałem się o śmierci Robina Williamsa jednego z najwybitniejszych amerykańskich komików oraz aktorów przełomu XX i XXI wieku. Z początku pomyślałem, że to głupi żart. Media nie raz kogoś niechcący uśmiercały. Niestety, news okazał się prawdą.
    Robin Williams był aktorem wyjątkowym. Dzięki poczuciu humoru oraz ciepłemu uśmiechowi jakim potrafił obdarzać nas z ekranu świetnie spisywał się w filmach dla dzieci. Dość mocno pamiętam go z takich filmów jak: genialna adaptacja "Piotrusia Pana" pt. "Hook", sympatyczna "Pani Doubtfire" czy przygodowe "Jumanji".
    Wystąpił w sporej liczbie komedii i również zapamiętamy go jako mistrzowskiego stand upera. Także odnajdywał się w dramatach, a większość z nich dziś są uznawane za filmową klasykę. Koniecznie teraz muszę  przywołać "Przebudzenia", "Stowarzyszenie umarłych poetów" czy "Buntownika z wyboru".
    Potrafił wzruszać oraz siać uśmiech na twarzach widzów nawet wtedy, gdy powinno być nam smutno. I tu należy wspomnieć o tytułowej roli w "Patch Adams" czy świetnym "Fisher Kingu" gdzie grał wzbudzającego sympatię, bezdomnego szaleńca. Natomiast jego niezwykły talent do improwizacji i parodiowania możemy ujrzeć w komediodramacie wojennym "Good Morning Vietnam". Nie do końca jednak można było zaufać jego sympatycznej twarzy o czym przekonaliśmy się oglądając thillery "Zdjęcie w godzinę" czy "Bezsenność" Christophera Nolana.
    Odszedł w tym roku kolejny, po Phillipie Seymourze Hoffmanie, wybitny aktor. Kolejny który cierpiał na depresję oraz miał problemy z narkotykami. Nawiązując do mojej wcześniejszej recenzji "Mulholland Drive" i smutnego przesłania tegoż filmu, otrzymaliśmy dziś potwierdzenie tezy Davida Lyncha jako iż faktycznie Hollywood jest piekłem. Piekłem dającym sławę i pieniądze jednak zabierającym zdrowie oraz szczęście. Chociaż może nie ograniczajmy się jedynie na Hollywoodzie?
    Robina Williamsa na pewno będzie mi bardzo brakować. Zapamiętam go jako wrażliwego i wesołego człowieka, który gdzieś głęboko, za maską uśmiechu i przebojowości krył ból codziennego zmagania się z własnymi słabościami.

Robin Williams 1951 - 2014

niedziela, 20 lipca 2014

Potęga kreatywności

  Dziś będzie trochę Youtubowo i U2owo. Otóż zrobiłem małe zestawienie coverów słynnego przeboju irlandzkiej grupy U2 pt. "With or without you" pochodzącego z 1987, z jakże pamiętnej płytki "Joshua Tree". Utwór ten stał się ogromnym przebojem i do dziś godnie reprezentuje twórczość Bono i spółki. Na tyle godnie, że stał się również inspiracją do wykonania go przez inne zespoły. Prosty bas, cudna gitara The Edge'a z użyciem efektu Echo i jak wiadomo - przyciągający głos Bono świetnie podkreślający melancholijny nastrój piosenki. Sukces murowany.  A teraz oryginał (wątpię żeby ktoś nie znał):

  Pierwszy cover, pod którym zresztą U2 się podpisał był w wykonaniu LMC. Użyto w nim linii melodycznej piosenki, jednak słowa jak i sam tytuł utworu są zupełnie inne:


  A co gdyby stworzyć "With or without you" w stylu Erica Claptona? Próby, bardzo udanej zresztą, podjął się belgijski gitarzysta Jacques Stotzem. Piosenka wykonana w technice fingerstyle, czyli bass, perkusja, gitara i wokal wykonane na jednej gitarze:

   
  W końcu pora na trochę elektroniki. Młody zespół Kye Kye grający muzykę indie electronic. Wokal świetny, oryginalny podkład i ciekawie zrobiony teledysk. No i co tu dużo mówić, tego trzeba po prostu posłuchać:
  I na koniec zestawienia zespół 2Cellos. Dwóch młodych wiolonczelistów z Chorwacji zaoferowało nam niezwykle romantyczną wersję utworu. Warto, zwłaszcza w wersji koncertowej: 


  Respekt -  dla tych twórców, którzy nie tyle potrafią zainspirować się i zapożyczać z oryginału co i dodać coś nowego, świeżego. Po tym poznaje się właśnie kreatywność i talent artysty. I co, która wersja Wam się podoba najbardziej?

wtorek, 15 lipca 2014

Silencio...

    Dawno nie czułem takiej  potrzeby jak wczoraj,   przeżycia  znanego dobrze wszystkim uczucia zwanego "mindfuckiem". Od czasu do czasu rośnie, pewnie nie tylko we mnie, chęć wykrzyczenia przez ekran do twórców oglądanego dzieła słynnego: WHAT THE FUCK?!? A filmy Davida Lyncha idealnie spełniają takie marzenia. Więc wziąłem na przegląd "Mulholland Drive".
    Jest to film z 2001 roku z Naomi Watts i Laurą Harring w rolach głównych. Historia zaczyna się całkiem przyzwoicie jak na thiller przystało, otóż od razu pojawia się intryga i związane z nią nasze pierwsze pytania. Rita, niezwykle atrakcyjna brunetka, ulega wypadkowi samochodowemu w wyniku którego traci pamięć. Aby się uchronić przed policją oraz tajemniczym mężczyznom, którzy tuż przed zderzeniem planowali i tak zabić Ritę, znajduje schronienie w posiadłości ciotki kolejnej z bohaterek, czyli Betie Elms. Betie jest młodą dziewczyną, prosperującą na wielką karierę w Hollywood, która dopiero co przybyła do Los Angeles. W trakcie wprowadzania się do domu ciotki natrafia na Ritę, której jednak dzięki swej naiwności i dobroci postanawia udzielić pomocy. 
    Jeśli chodzi o fabułę, to jedynie tyle mogę zdradzić. Akcja rozkręca się wolno, pojawiają się nowe wątki jakby nie mające nic wspólnego z głównymi bohaterkami a jednak później przekonujemy się, że wszystko jest perfekcyjnie przez Lyncha zaplanowane. Można tak powiedzieć np. o pamiętnej scenie śniadania z samego początku filmu, w której dwóch mężczyzn próbuje się przekonać co jest snem a co rzeczywistością. Według mnie należy ona do pierwszej piątki najstraszniejszych scen z filmografii Lyncha.
    Później następuje rozwinięcie historii co nie należy do mocnej części filmu. Film może nam się dłużyć aż do punktu kulminacyjnego, czyli odwiedzenia przez Betie i Ritę klubu Silencio, odpowiednika Twinpeaksowej Czarnej Chaty. I od tej pory dostajemy po głowie coraz to kolejnymi twistami fabularnymi oraz retrospekcjami dla których naprawdę warto było czekać. I które naprawdę ciężko zrozumieć. Można więc zakończyć seans z uczuciem rezygnacji i mocnym przekonaniem o ograniczeniu naszego umysłu ALE: od czego są internetowe interpretacje? Tak też dociekliwi mogą sobie wydłużyć przyjemność przeżywania filmu dzięki  poszukiwaniom podpowiedzi internautów jak zrozumieć obejrzane przed chwilą dzieło. A smaczków, których sami nie wyłapiemy po pierwszym seansie jest dużo, jak na przykład pewien napis na plakacie przylepionym do przydrożnej latarni głoszący kwestię: "Hollywood is Hell" co jak się później okaże jest też  smutnym przesłaniem "Mulholland Drive".
    Film zachwycił mnie też dzięki grze Naomi Watts, która świetnie wcieliła się w postać Betie i niezwykle przekonująco ukazała jej skrajne oblicza. To samo można powiedzieć o lynchowskiej otoczce w postaci symboli oraz nawiązań do poprzednich jego dzieł jak Lost Highway czy Miasteczko Twin Peaks. 
    Zadaniem teatru w starożytnej Grecji było wywołanie w widzu katharsis, uczucia oczyszczenia które wieńczyło przeżywanie oglądanej sztuki. Na dzień dzisiejszy nie tylko teatr ale także i filmy mają pełnić taką funkcję. Mulholland Drive wywołuje różne emocje i moim zdaniem spełnia zadanie narzucone przez Starożytnych. Jednak nie jest to film dla każdego, a zwłaszcza nie dla masowego odbiorcy, który zadowoli się  w kinie rozpierduchą a'la twórczość Michaela Baya.



8/10

niedziela, 4 maja 2014

"Mother should I build a wall?"

   Są filmy po obejrzeniu których koniecznie muszę coś napisać. Mają one bowiem w sobie albo wyjątkowy przekaz bądź wywołują tyle emocji, że nie potrafię uciszyć swoich pisarskich zapędów i po prostu muszę coś na ich temat naskrobać. Takim filmem jest na pewno "Z dystansu".
   Adrien Brody, znany z fenomenalnej roli w  "Pianiście" czy jeszcze świeżutkiego "The Grand Budapest Hotel"  tym razem gra nauczyciela, Henry'ego Barthesa. Jest on samotnikiem, będąc dzieckiem doświadczył tragedii która miała wpływ na jego obecne życie. Henry ma problem z przywiązywaniem się do ludzi. Symbolizuje to jego praca, ponieważ jest w ciągłym ruchu i jeździ po różnych szkołach zastępując na pewien dłuższy okres chorych nauczycieli. Tym razem trafia do cieszącej się złą sławą placówki dla trudnej młodzieży. Tam jego zdolności pedagogiczne jak i pielęgnowane przez lata wewnętrzne mechanizmy obronne zostaną wystawione na poważną próbę.
  "Z odzysku" zostało wyreżyserowane przez Tony'ego Kaye'a, którego talent mogliśmy podziwiać w świetnym "Więźniu nienawiści". W "Detachment" Kaye w przeróżny sposób ukazuje emocje jakie przeżywają bohaterowie filmu. Ciekawym zabiegiem jest stosowanie animacji rysunków namalowanych kredą na szkolnej tablicy czy urywkowe scenki pokazujące matkę Barthesa przewijające się przez cały film, które ukazują jak ważne było dla niego dzieciństwo i jak dużo w nim stracił. Należy wspomnieć, że przez ten  ponad półtorej godzinny seans będziemy nieustannie karmieni depresyjnym klimatem a towarzyszyć temu będzie smutna, fortepianowa muzyka.

   Film dobija nas już w trakcie samego oglądania. Ciągle widzimy twarz zmęczonego nieustannym cierpieniem Adriena Brody'ego, niemogącego znaleźć drogi do samego siebie i do zbudowania głębszej relacji z drugim człowiekiem. Kolejno bezradni nauczyciele, którzy nie tylko nie potrafią podnieść poziomu nauczania w liceum lecz borykają się ze swoimi problemami a także sama młodzież, wydająca się być zepsuta i skażona. Brody'emu w walce o przyszłość tych młodych ludzi towarzyszą m.in Lucy Liu czy James Caan. Drugi plan więc został solidnie zaopatrzony w utalentowanych aktorów, każdy będzie mieć swoje pięć minut w filmie, choć wątki niektórych nie będą ściśle powiązane z historią Barthesa. Raczej będą służyć pokazaniu jak kiepska atmosfera panuje w szkole. A trochę szkoda bo wydaje się, jakby postacie zasilające grono pedagogiczne mogły pojawić się tylko na chwilę, rzucić krótkie zdanie po czym znów zniknąć. Z drugiej strony jednak myślę, że może to był celowy zabieg scenarzysty mający ukazać nikłe relacje głównego bohatera z innymi współpracownikami.
  Oprócz tego "Detachment" uderza realizmem, co reżyser pokazuje przez postać nieletniej prostytutki Ericki czy jednej z uczennic Meredith. Dopełnia go genialna gra Brody'ego, któremu naprawdę zaczynamy współczuć. W filmie zawarte jest wiele ciekawych spostrzeżeń, np. teoria Barthesa zachęcająca uczniów do czytania czy dokumentalizowane wypowiedzi innych nauczycieli czy głównego bohatera na temat blasków i cieni pracy z młodymi ludźmi.
  Kino głębsze, realistyczne i smutne. Wywołuje mnóstwo emocji. Na pewno nie każdemu polecę "Z dystansu", ponieważ widzowie mają różne potrzeby i oczekiwania wobec kina i nie każdemu depresyjny klimat na ekranie odpowiada. Z pewnością film nie urzeknie tych, którzy do sztuki mają dystans.


9/10

sobota, 26 kwietnia 2014

Ride or die!

   Czy pamiętacie zachwyt nad nielegalnymi wyścigami, stuningowanymi samochodami i towarzyszącym kierowcom skąpo ubranymi paniami? W latach 90tych, zdecydowanie przyczyniła się do tej fascynacji seria gier Need for Speed oraz wyprodukowany w 2001 roku film "Szybcy i wściekli". Podobieństw między jednym a drugim jest wiele ponieważ dotyczą tego samego: tuningu samochodów, nocnych wyścigów oraz dokuczaniu policji. Tym razem chciałbym jednak się skupić na produkcjach, które mieliśmy okazję obejrzeć na srebrnym ekranie...
   "Szybcy i wściekli" opowiadają historię policjanta Briana O'Connera, którego zadaniem jest wniknięcie w środowisko nocnych ścigaczy aby rozpracować kto stoi za serią napadów na ciężarówki przewożących cenne towary. Na szczęście Brian uwielbia samochody i lubi mocno wciskać gaz więc zyskanie szacunku i zaufania w nowej grupie nie będzie dla niego większym problemem. Tam poznaje m.in Dominica Torreto, jego siostrę Mię oraz Lettę, ukochaną Doma.
   Ogromny sukces pierwszej części przyczynił się do powstania "Za szybkich, za wściekłych", gdzie Paulowi Walkerowi towarzyszyli m.in Eva Mendes czy Tyrese Gibson. Wielu by mogło zarzucić, że film ten jest słabą kontynuacją ze względu na brak bohaterów z poprzedniej części. Fani tym bardziej mogliby zacząć nienawidzić twórców za "Tokio Drift", czyli trzeci film opowiadający o nielegalnych wyścigach, którego akcja działa się w dodatku w Japonii i niewiele łączyła się z fabułą, którą wcześniej uraczyli nas filmowcy z wyjątkiem końcowej sceny (której oczywiście nie zdradzę). Wszelkie podejrzenia o tym dokąd ta seria zmierza zostały rozwiane gdy wyszło w 2009 roku, czyli trzy lata później po japońskich wyścigach, "Szybko i wściekle", gdzie pojawiła się stara gwardia z Vinem Dieselem jako Dominickiem Torreto na czele. A to za sprawą reżysera Justina Lina, na którego koncie są także "Fast 5" z 2011 oraz ostatnia "Furious 6" mająca premierę w zeszłym roku.
  Po słabszej czwartej części będącej wprowadzeniem do dalszych przygód grupy kierowców, w "Szybcy i wściekli 5" otrzymujemy naprawdę solidnego kopa i tę część akurat oceniam najwyżej spośród pozostałych. Dlaczego? Ponieważ pojawiają się kolejne osoby z poprzednich filmów jak postać Hana czy Romana Pierce'a, a dla mnie takie fabularne nawiązania sprawiające, że wszystko "trzyma się kupy" są ogromnym plusem. Seria wówczas wydaje się być zaplanowana i nie ma w niej przypadkowych postaci. Kolejnym atutem jest scenariusz, opierający się na szkielecie typowego "heist movie", czyli: tworzymy grupę, robimy plan, dokonujemy napadu. Osobiście, przepadam za takiego typu filmami a wisienką na torcie zwanym "Fast 5" jest na pewno sama końcowa scena pościgu. Kontynuacja z 2013 roku może już tak nie porywa, jednak stanowi kolejny ważny element w całej tej układance. I oczywiście jest zapowiedzią siódmych "Szybkich i wściekłych".
  Serii można zarzucić wiele, choćby postać samego Briana, która wydaje się być przede wszystkim mało rozbudowana i chwilami bardzo nijaka, pomimo że to jego najczęściej widzimy na ekranie. Jednak za sprawą odgrywającego ją Paula Walkera wzbudza w nas sympatię i szybko stajemy po jej stronie. Musimy się także przyzwyczaić do naruszania zasad praw fizyki i grawitacji w trakcie scen wyścigów, zwłaszcza w dwóch ostatnich filmach, co niektórym może się wydawać przesadzone i znacznie obniżyć ocenę końcową po seansie. Także nie dało się uniknąć pewnych niedociągnięć w samej fabule, gdy np. nagle dowiadujemy się, że dany bohater jest genialnym hakerem mimo, że w poprzednich filmach nie było o tym mowy.

  "Szybcy i wściekli" urzekli mnie jednak wieloma czynnikami. Jeśli chodzi o postacie, to z pewnością wyraźnie nam się tu rysuje Dominic Torreto, który wielokrotnie będzie stawiany przed licznymi dylematami czy też będzie popadać w niejeden konflikt. Wprowadzenie agenta Hobbsa, którego zagrał Dwayne "The Rock" Johnson także dodaje kolorytu serii. Aż miło było patrzeć gdy między tymi dwoma wspomnianymi wyżej mięśniakami dochodzi do bójki. Ciągła obecność scen z pojedynkami na samochody, widok bezradnej policji czy lekki humor nadają tej serii przyjemny ton. Melomani także znajdą coś dla siebie, ponieważ co chwila słychać dobry, amerykański rap w chwilach gdy gasną ryki silników.
   Trudno nie wspomnieć o tragicznej śmierci Paula Walkera, który w listopadzie ubiegłego roku zginął w wypadku samochodowym spowodowanym przez jego wspólnika Rogera Rodasa. Walker był wówczas w trakcie dokańczania zdjęć do "Furious 7". Twórcy zapowiedzieli, że film mimo wszystko pojawi się na ekranach kin z pewnym opóźnieniem, a w niedokręconych scenach z O'Connerem Walkera Paula zastąpi jego młodszy brat Cody przy wykorzystaniu odpowiednich sposobów kręcenia (np. dalekie odległości) i zastosowaniu techniki komputerowej.
   Pierwsza część "Fast and furious" wniosła pewną świeżość do kina sensacyjnego. Będąc jeszcze małymi chłopcami, moje pokolenie po seansie chciało mieć podrasowane fury, być mięśniakami jak Vin Diesel czy brać udział w nielegalnych rajdach po mieście. O posiadaniu Nitro we własnym wozie już nie wspomnę. Taką możliwość dawały wówczas tego typu  filmy lub wspomniane wcześniej gry spod znaku "Need for Speed". Komu jednak nie w głowie wciskanie klawiszy przed komputerem bądź otrzymywanie mandatów za przekroczenie szybkości śmiało może sięgnąć po historię Briana O'Connera, jego przyjaciół i ich samochodów. Na pewno się nie zawiedzie.



Wyróżniam część piątą choć całej serii przyznaje 7/10

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Na rozstaju dróg

   "Rozdroża"
    Minęło sporo czasu odkąd pisałem na temat jakiejś przeczytanej książki, która zresztą byłaby godna polecenia. Jednym z owoców posesyjnego wypoczynku w trakcie ferii zimowych była książka "Rozdroża" Williama Paula Younga, znanego z przeboju "Chata". Aby wstęp do recenzji można było nazwać solidnym muszę wspomnieć też i o samym autorze.
    William P. Young jest człowiekiem z ciekawą historią a świadczą o tym już jego same młodzieńcze lata.  Rodzice Younga byli misjonarzami a młodziutki Bill miał okazję wychowywać się wśród plemion Dzikich zamieszkujących tereny Papui - Nowej Gwinei. Podejmował się różnych zawodów, był aktorem, DJ-em, a wiara w Boga nakłoniła go nawet do wstąpienia do seminarium. W jednym z wywiadów wspomniał o pewnej traumie z dzieciństwa związanej z wykorzystywaniem seksualnym jakiego doznał od znajomych państwa Youngów. Obecnie jest jednak szczęśliwym ojcem sześciorga dzieci. Śmiało można go nazwać "mistrzem przebaczania" bo właśnie tematykę wybaczania obrał w swoim debiucie literackim pt. "Chata". Książka odniosła ogromny sukces i zwłaszcza wśród środowisk chrześcijańskich stała się obowiązkową pozycją. Mnie również zachwyciła więc podchodząc do kolejnego dzieła Younga miałem pewne obawy, czy aby nie otrzymam odgrzewanego kotleta. Na szczęście zostałem mile zaskoczony.
     Bohaterem "Rozdroży" jest Anthony Spencer, bezwzględny biznesmen, który wie czego chce i jak po to sięgać, często dokonując tego kosztem innych. Prowadzi życie samotnego egoisty powoli popadającego w alkoholizm.  Jego obecne postępowanie znajduje swą przyczynę w tragicznej przeszłości jednak, jak to lubi Young pokazywać w swych książkach, Bóg nie zważając na to co nas spotkało ciągle czuwa i daje drugą szansę. Pewnego razu Anthony ulega wypadkowi w wyniku którego zapada w śpiączkę. To co wydawać by się mogło końcem tak naprawdę staje się dla niego początkiem pięknej historii osadzonej w dwóch światach - tym ziemskim oraz  nadprzyrodzonym.
   Podobnie jak przy "Chacie" Young zachowuje pewien schemat: mamy zgorzkniałego, cierpiącego bohatera, który przedostaje się do "równoległej rzeczywistości" gdzie otrzymuje możliwość naprawienia życia swojego oraz innych. Niektórzy mogą marudzić, że większość (jak nie wszystkich) historii związanych z nawracaniem się oraz wiarą w Boga jest przewidywalnych bo zawsze się kończą słowami typu: "odkąd się nawróciłem/łam żyję długo i szczęśliwie". A tak właściwie to nie chodzi o zakończenia tych historii ale o sam proces uzdrawiania, bo zazwyczaj to on jest najciekawszy, co Young zresztą świetnie pokazuje. Nie brakuje mu też pomysłów na to jak można wyleczyć drugiego człowieka.
  Ogromnym plusem "Rozdroży" jest obecność  Cabby'ego,  chłopca cierpiącego na zespół Downa (choć po przeczytaniu tej książki naprawdę zacząłem się zastanawiać czy osoby uznawane za "chore" nie są aby szczęśliwsze i mniej cierpiące od nas, tych "zdrowych"?). Postać ta dodaje bardzo wiele do książki, a fragmenty z jej udziałem czyta się najprzyjemniej. Są to sceny nie tylko zabawne ale także mocno chwytające za serce. Jestem również pełen podziwu dla Younga za świetne ukazanie codziennego zachowania osoby z zespołem Downa, jej sposobu myślenia, gestów czy słów. I najważniejsze - budowania relacji z innymi ludźmi, matką czy samym Anthonym.
    Książka na pewno wzbudzi w Was dużo emocji. Young przekazuje nam wiele uśmiechu i nadziei w swojej twórczości. Muszę przyznać, że nie raz w oczach stawały mi łzy wzruszenia. Co prawda książka nie "niszczy emocjonalnie" tak bardzo jak "Chata", ale mamy w niej za to wiele pozytywnego przekazu a także ciepłego humoru.
    Gdybym miał się czegoś czepiać, to z pewnością zakończenia. William P. Young nie zastosował mocnego twistera, który mógłby rozłożyć na łopatki niejednego czytelnika, a wręcz przeciwnie, od kilku ostatnich rozdziałów dawał wyraźne znaki, że historia potoczy się tak a nie inaczej. Przez to niestety zamknięcie fabuły staje się przewidywalne. Podobnie jak w "Chacie" musimy się przygotować na nudnawy początek, który po prostu trzeba przebrnąć, ale zapewniam, że warto to zrobić.
    Twórczość Younga nie jest na pewno przeznaczona dla osób potępiających wiarę w Boga czy działalność Kościoła. Ciągle obecne nawiązania do nauczania Chrystusa, należą nie tylko do głównych cech obu książek lecz również do ich mocnych stron. "Rozdroża" (tak jak i "Chata") na pewno spodobają się osobom poszukującym oraz zadającym sobie pytania o sens życia czy cierpienia. Ja na pewno kiedyś wrócę do tych książek bo zachęcają do zastanowienia się, czy może faktycznie istnieje ten "Bóg", który ciągle o nas myśli i martwi się gdy wybieramy zło?

8/10

wtorek, 8 kwietnia 2014

"Tata tararata tararata tararata!"*

   Już za nami premiera czwartego sezonu "Gry o Tron". Jest to serial stacji HBO, który ostatnimi laty zyskał miliony fanów na całym świecie a także w Polsce. Premiera pierwszego odcinka miała miejsce 17 kwietnia 2011 roku i dość szybko podbiła serca widzów przyczyniając się do rychłego zainteresowania samą serią książek, na podstawie których tworzony jest serial.
  Saga książkowa zatytułowana "Pieśń Lodu i Ognia" napisana została (i ciągle jest pisana) przez George'a R. R. Martina, którą pierwszą swą powieść zagnieżdżoną w uniwersum krainy Westeros wydał w 1996 roku. Sam próbowałem przebrnąć przez opasłe tomiszcza spod pióra Martina, jednak nie podziałało to na mnie z takim skutkiem, jak zrobił to serial. Albowiem serial, wciąga od pierwszego odcinka.
   Fabuła "Gry o Tron" skupia się na kilku władcach wywodzących z różnych rodów panujących na ziemiach kontynentu zwanego Westeros. Jak sam tytuł serialu wskazuje, między poszczególnymi rodami panują zgrzyty i ciągła rywalizacja o to, kto zasiądzie na tronie króla i obejmie władze nad innymi.
   Historia zaczyna się od przedstawienia rodziny Starków, którzy rządzą na północnych terytoriach kontynentu.  Głowa rodziny - Eddard Stark jest także bliskim przyjacielem króla Roberta Baratheona, który węzłem małżeńskim związał się z Lannisterami, najbardziej pociągającymi ale też znienawidzonymi postaciami całej sagi. To z tego rodu wywodzi się bohater, który według mnie swoim sprytem i inteligencją zaskarbił sobie najwięcej fanów. Chodzi oczywiście o karła Tyriona Lannistera, którego  w serialu odgrywa genialny Peter Dinklage. Kolejnymi pretendentami do tronu jest "matka smoków", czyli Daenerys Targaryan, bracia króla Baratheona - Stannis oraz Renly, czy  Greyjoyowie zamieszkujących Żelazne Wyspy. Rody więc knują przeciwko sobie, wzajemnie się mordują aby jak najszybciej zastąpić obecnego władcę i zdążyć przed nadchodzącą wieloletnią Zimą.
   Przez chwilę jednak możemy się zastanowić co tak naprawdę przyczyniło się do sukcesu "Gry o tron". Po pierwsze spójrzmy na samych twórców. George R. R. Martin stworzył sagę pełną ciekawych postaci, pomysłów czy fabularnych twistów. Po prostu materiał idealnie nadający się do ekranizacji. A tym natomiast zajęli się D.B Weiss oraz David Benioff, scenarzysta "Troi", "Zostań" a także autor genialnej książki i scenariusza na jej podstawie "25. godzina" gdzie w filmie pamiętną rolę odegrał Edward Norton. Oczywiście nad całością projektu dalej czuwa Martin, który od czasu do czasu wywołuje u nas nienawiść (czy to w książce czy w serialu) uśmierceniem którejś z ulubionych postaci. Taki też jest już znak rozpoznawczy tego pisarza - najpierw przyzwyczajamy się do jakichś postaci, zaczynamy im kibicować aby te mogły następnie zginąć w przeróżnych okolicznościach. A hasło reklamowe 4 sezonu "Wszyscy muszą umrzeć" jedynie to potwierdza.
   Jeśli mamy mówić o postaciach, trzeba koniecznie zwrócić uwagę na to, że to właśnie one są siłą napędową serialu. Jest ich naprawdę mnóstwo i każda z nich ma swoje motywacje oraz słabości (nawet szlachetny Ned Stark). Jedne są barwne i charakterystyczne jak Tyrion czy jego brat Jaimie, ciągle knujący Littlefinger bądź zadziorna Arya Stark, drugie mogą wydawać nam się mdłe ale to i tak nie przeszkadza w rozrywce jaką zapewnia "Gra o Tron". Ba, a nawet pomaga dostrzec kontrast między poszczególnymi bohaterami.
  Kolejna sprawa to smoki. Wszyscy z zapartym tchem wyczekiwali wyklucia się tych małych stworzonek, które z każdym sezonem stają się coraz większe aby wyrosnąć na niebezpieczne stwory zagrażające całemu królestwu. Sam fakt umieszczenia w tej historii smoków był genialnym posunięciem a jeszcze dodanie im pięknej opiekunki - matki Daenerys przyczyniło się do sympatii zwłaszcza męskiej części widowni.
  Kolejnym elementem serialu są Zombie. Westeros od Północnych Krain odgradza ogromny Mur, który ochrania "niewinnych" mieszkańców przed plemionami barbarzyńców oraz (bardzo popularnymi ostatnio w naszej kulturze) nieumarłymi. Co prawda jeszcze nie poświęcono im dużej uwagi w serialu ale od czasu do czasu pojawiają się i przypuszczam, że wkrótce przybędą aby na stałe zagościć w królestwie.
  Seks i przemoc, czyli to co nas pociąga najbardziej również stanowi ważne tło dzieła spod dłuta Martina i spółki z HBO. Tak, jest brutalnie i niekiedy aż za bardzo erotycznie. Niektóre sceny wywołujące zaczerwienienie są naprawdę zbędne i nie wnoszą wiele do serialu oprócz ukazania tego jak Westeros jest zepsute. Ma to jednak swój urok gdy przypomnimy sobie "chędożenie" z wiedźmińskiej sagi Sapkowskiego, które z kart jego książek czasem wylewało się strumieniami.
  Ostatnią rzeczą jest scenariusz. Co poniektóre odcinki jedynie rozwijają intrygi co  może nas czasem przynudzać gdy postać A rozmawia z postacią B, potem B z C, a później C z A, ale za chwilę jesteśmy uderzani końcową sceną danego epizodu, która wzbudza w nas ogromne pragnienie pochłonięcia kolejnego odcinka. Należy wspomnieć też o samych dialogach czy gierkach słownych, niektórych zaczerpniętych żywcem z książki, które są na naprawdę wysokim poziomie.
  Jak widać "Gra o Tron" zasługuje na uwagę każdego miłośnika seriali. Sukces jaki osiągnęła jest zatrważający i godny pozazdroszczenia. Nie będę zadawać retorycznego pytania, kiedy w naszym kraju będzie mogło powstać dzieło na takim poziomie, choć warunki do tego mamy, źródło z którego można czerpać także, bo wystarczy zajrzeć do prozy wcześniej wspomnianego Sapkowskiego czy Komudy.  Póki co jednak warto się zadowolić tym co oferują nam Amerykanie.
  9/10

*fragm. utworu pochodzi z:  Ramin Djawadi - Game of Thrones Main Theme

wtorek, 1 kwietnia 2014

Buuuraaaki!

  Tak jak obiecałem rok temu opisując koncert akustyczny Tymoteusza tak teraz wypełniam swój pisarski obowiązek i przedstawiam Wam: LUXTORPEDĘ! Z racji premiery ich trzeciej płyty zatytułowanej dość nietypowo: "A morał tej historii mógłby być taki, mimo, że cukrowe, to jednak buraki", muszę koniecznie napisać kilka słów na temat swoje ulubionego polskiego bandu.
  Zespół wydał swój pierwszy album zatytułowany "Luxtorpeda" w roku 2011 i po kilku miesiącach a zwłaszcza występie na Woodstocku 2011, gdzie ludzie poznali, że: "przecież tam śpiewa Litza z Acid Drinkers! O ja pier..!" - osiągnął komercyjny sukces. Sukces na tyle duży, że równy rok po wydaniu pierwszego krążka wyszedł album "Robaki", który umocnił pozycję Luxtorpedy w świecie polskiego rocka. Jednak nie samą osobą Litzy Luxi zawdzięczają sławę. Do tego przyczyniły się niezwykłe (ale często dość ciężkie) gitarowe riffy, ciekawe połączenie metalu (krzyki Litzy) z hip hopem (II wokal w wykonaniu Hansa z grupy 52 Dębiec), ciężka praca i talent reszty muzyków i najważniejsze: TEKSTY.
  Teksty Luxtorpedy często dotyczą rzeczy poważnych jak odnalezienia swojej tożsamości, relacji z drugim człowiekiem czy obnażaniu swoich złych stron przed samym sobą. Sam Litza wielokrotnie w wywiadach wspominał, że wcale nie opłacało by mu się jeździć po całej Polsce śpiewając, że kocha Jolę, albo jej czarne oczy. Jak już śpiewać to o czymś solidnym. I właśnie dzięki temu często jesteśmy  masakrowani szczerością tekstów, jakimi nas obdarowują obaj artyści. Do tych "mocniejszych" kawałków z pewnością zaliczymy: "Od zera", poszukiwanie Boga w "Gdzie Ty jesteś?" czy z ostatniej płyty "Nieobecny nieznajomy" opisujący przykre relacje z ojcem. Będąc na jednym z koncertów jeszcze gdy utwory z trzeciej płyty nie były tak dostępne, przy graniu "Nieobecnego..." zaobserwowałem, że publiczność zamarła na pięć minut, a ja razem z nimi. Najciekawszy jest w tym wszystkim fakt, że  grono fanów Luxtorpedy w 80% tworzą ludzie naprawdę młodzi, którzy zaczynają szukać swojego "ja" w dzisiejszym świecie. Luxi więc mają na sobie ogromny ciężar związany z wpływem na takich fanów i co najważniejsze ciągle dają radę go dźwigać. Muszą też pamiętać, że to przez muzykę najłatwiej wpłynąć na drugiego człowieka. I dlatego pomimo poruszania trudnych kwestii otrzymujemy w ich tekstach dużo nadziei oraz wiary w tę lepszą część samego siebie, w tego lepszego wilka.

   W skład zespołu oprócz wspomnianych wcześniej Hansa i Litzy wchodzą doświadczeni muzycy, którzy już nie jedno przeżyli w innych grupach. Więc przy perkusji zasiada Tomek Krzyżanowski "Krzyżyk", drugim gitarzystą jest Robert Drężek "Drężmak" a na basie zwany inaczej Doktorem Kmietą - Krzysztof Kmiecik. Część z nich znała się już z wcześniejszej działalności w 2tm2,3,  bądź Armii. W trakcie budowy zespołu na samym końcu do grupy dołączył Przemysław Frencel, który stworzył z Litzą niezwykły duet wokalny. Ku zaskoczeniu wszystkich Hans odnalazł się bardzo dobrze w muzyce rockowej a słyszane w tle gitary świetnie pasują do jego głosu.
  Luxtorpeda przyjechała po raz trzeci, tym razem jako "cukrowe buraki". Płytka jest też dostępna do odsłuchania na YouTube więc zachęcam nawet tych, którzy za cięższymi brzmieniami nie przepadają. Na pewno coś znajdą dla siebie, czy to w rapowanych zwrotkach Hansa, przesłaniach piosenek czy samym pozytywnym klimacie jaki tworzą między sobą członkowie grupy i starają się zarażać nim fanów. Luxi bowiem mają spory dystans do siebie, a to można zaobserwować w wielu filmikach, które wrzuca zespół na swój fanpage na Facebooku, czy też w teledysku "Mambałagi" promującym najnowszą płytkę:

środa, 19 marca 2014

Opuszczamy Twin Peaks...

   Jak każde artystyczne dzieło, tak i Miasteczko Twin Peaks posiada wiele niedoróbek wołających o pomstę do nieba. Chciałbym przedstawić Wam kilka z nich, tych najgorszych, które z pewnością mogą wpłynąć na Waszą ocenę i odbiór serialu. Więc zaczynajmy.
   Po pierwsze - kicz.  W pełni akceptuję to, że niektóre sceny nie dało się przedstawić inaczej bo raz: tak po prostu wtedy kręcono, dwa: nie mieli innego pomysłu, trzy: nie mieli innych środków. Dzięki temu będziemy częstowani od czasu do czasu jakimiś kiczowatymi scenami, po których zechce się krzyknąć: WHAT THE FUCK?! Jak jeszcze do tego dojdzie cała ta Lynchowska symbolika - no to jesteśmy zgubieni.
    Po drugie – zmieniający się autorzy. Co prawda cały czas Frost&Lynch czuwali nad dziełem, jednak  większość odcinków reżyserowały i pisały do nich scenariusze zupełnie inne osoby. I przez to serial jest momentami bardzo nierówny. Odcinki kręcone przez Lyncha mają klimat i możemy się śmiało w nich spodziewać jakiegoś paranormalnego, mrocznego zjawiska. Jednak gdy schedę przejmują inni artyści, niestety to już nie jest to samo. Otóż, będziemy świadkami doprowadzających do mdłości scen między zakochanymi mieszkańcami Twin Peaks (tak, ten nieszczęsny James Hurley), zbędnymi wątkami „zapychaczami” (kto ogląda „The Walking Dead” dokładnie będzie wiedział o co mi chodzi) czy nawet głupimi rozwiązaniami dalszych losów kilku postaci (choćby i nawet ZAKOŃCZENIE SERIALU, do którego już przechodzę )
    Po trzecie – serial się kończy tak jak nie powinien, czyli po prostu w ogóle się nie ma zakończenia. To właśnie ostatni odcinek nakłonił mnie do wytknięcia błędów „Miasteczku Twin Peaks” (taka moja mała zemsta na Lynchu), bo finał zdecydowanie należy  do najbardziej rozczarowujących w historii seriali. Bierze się to stąd, że serial miał mieć trzeci sezon, co jednak się niestety nie udało ze względu na spadającą popularność ( a dziś ci niedobrzy widzowie pewnie plują sobie w brodę). I tak mamy mnóstwo niedomkniętych wątków, w tym najważniejszy dotyczący agenta Coopera. Lynch jednak zamiast dokręcić, choćby jeden zamykający wszystko odcinek, stworzył:
    Po czwarte – „Ogniu krocz za mną”, czyli film fabularny, będący prequelem wydarzeń serialowych, którego za żadne skarby nie można oglądać przed zapoznaniem się z treścią „Miasteczka Twin Peaks”. A film, bardziej mroczny i brutalny niż wszystkie trzydzieści odcinków serialu, również bardziej przerażający (scena z przeglądającym się w kamerze ochrony  Cooperem – genialna) i… porąbany. Lynch nas od pierwszych minut katuje wręcz symboliką, którą ciężko zrozumieć i przez co film nie daje nam żadnej odpowiedzi na pozostawione przez serial pytania. Ale…
    Jest nadzieja. Dla tych, którzy niezaakceptowani zakończenia serialu, zachęcam do zapoznania się ze scenariuszem trzydziestego pierwszego epizodu, napisanym przez Johna Fittena Goldsmitha, który wieńczy dzieło i zamyka wszystkie wątki. Po przeczytaniu (oczywiście z wypiekami na twarzy) skryptu, byłem bardzo mile zaskoczony pomysłowością, dokładnością i rzetelnością autora. Goldsmith dopisując kolejne historie postaci z Twin Peaks wzorował się nie tylko na serialu czy filmie ale czerpał swą wiedzę z książek napisanych na kanwie uniwersum Twin Peaks.  Scenariusz znajdziecie w internecie pod hasłem „Sowy nie są tym czym się wydają”.
    I tak moja podróż do Twin Peaks dobiegła końca. Mam nadzieję, że zachęciłem Was do wciągnięcia się w klimat tego sennego miasteczka. Pomimo wyżej wymienionych wad, naprawdę warto zapoznać się z serialem, spotkać agenta Coopera, stanąć oko w oko z Bobem, czy wspólnie opłakiwać śmierć Laury Palmer. M.in. też dlatego, że „Miasteczko Twin Peaks” odcisnęło piętno na naszej kulturze i jest dziełem przełomowym jeśli chodzi o jakość produkcji telewizyjnych. Polecam gorąco!

9/10 (było by i 10 gdyby nie ten finał...)

piątek, 14 marca 2014

Twin Peaks, część 2

   Gdy byłem mały jakimś zupełnym przypadkiem trafił do moich uszu soundtrack z serialu „Miasteczko Twin Peaks”. Właściwie chodzi o tzw. main theme, czyli „główny utwór muzyczny filmu” zatytułowany „Falling” i wykonywany bardzo melancholijnym głosem Julee Cruise. Do tego doszedł komentarz rodziców co do samego serialu, dotyczący zwłaszcza tego jak „Miasteczko…” jest straszne i trudne do zrozumienia. Od tamtej pory sam motyw przewodni  wzbudzał we mnie lęk. I oczywiście ogromne zaciekawienie. Jakoś mamy tak śmiesznie wrośnięte w naszą naturę, że najbardziej pociąga nas to co nieznane.
    Mijały lata a ja o serialu zapomniałem. Przypomniałem sobie o nim w zeszłym roku, kiedy to nastąpiła przerwa w nadawaniu „The Walking Dead” oraz „Gry o tron” i człowiek próbował wypełnić tę serialową pustkę na wszelki możliwy sposób. I tak trafiłem do Twin Peaks. 
   Serial jest autorstwa Davida Lyncha i Marka Frosta. Sylwetki tego pierwszego myślę, że nie muszę jakoś dokładnie przedstawiać, bo pan Lynch jest osobistością bardzo charakterystyczną i przy tym troszkę dziwną (ci artyści…) a jego filmy są  znane i cenione w środowisku kinomaniaków. Frost już nie osiągnął takiego sukcesu, podobnie jak większość (świetnych) aktorów z obsady serialu. A ubolewam nad tym strasznie, bo wybierać się do kina na film z Sheryl Lee lub Larą Flynn Boyle w roli głównej byłoby dla mnie czystą przyjemnością.

  David Lynch przepada za symbolami i wypełnia nimi fabułę „Twin Peaks” aż po brzegi i co najgorsze żadnych przy tym wskazówek nie daje, czego strasznie nie lubię zwłaszcza w chwili gdy mam przed sobą więcej pytań niż odpowiedzi. Mamy więc białego konia, mrocznie pohukujące sowy, zagadkowe sny agenta Coopera, wzmianki o UFO a nawet tańczącego karła. I oczywiście: Boba. Bob to postać, która po swoim pierwszym pojawieniu się w serialu zmusiła mnie do oglądania kolejnych kilku odcinków w zminimalizowanym oknie. Bob to uosobienie zła. To duch, to demon skradający się niczym wilk do swej ofiary  i gdy już jest gotowy do ataku uderza i zabija. Lynch ukazuje go prosto: w postaci długowłosego siwego mężczyzny, niby nic wielkiego, a jednak przyprawia o ciarki. Większość osób oglądających „Twin Peaks” w dzieciństwie zawsze najpierw wspomina o Bobie.  
   Kolejnym ważnym elementem serialu, zdecydowanie budującym jego klimat jest muzyka autorstwa Angelo Badalamentiego, który zaczął swoją współpracę z Lynchem od pamiętnego „Blue Velvet” z 1986 roku. „Twin Peaks” wyszło 4 lata później. A tu krótki filmik, przedstawiający jak doszło do stworzenia muzyki do serialu. Widać, że tylko prawdziwi artyści są wstanie tak kolaborować ze sobą i napisać coś tak pięknego. Filmik niestety bez polskich napisów ale nie trzeba znać angielskiego aby widzieć ile emocji przekazał w tej muzyce Badalamenti. I o geniuszu Lyncha też nie wolno nam zapomnieć.


  Wspaniałość dzieła Lyncha także przejawia się w niektórych scenach, które nawet pozwolę sobie nazwać epickimi i nietypowymi jak na produkcję telewizyjną. Warto wspomnieć o momencie w którym przyjaciele zmarłej Laury oraz jej kuzynka układają piosenkę „Just you” albo o budzących niepokój scenach w Czarnej Chacie. Serial nie jest pozbawiony także wątków humorystycznych, które są miłą odskocznią od tematu walki dobra ze złem, który jest jego głównym motywem.
   Premiera "Miasteczka..." odbyła się 8 kwietnia 1990 w stacji ABC. Pierwszy sezon zawiera 8 odcinków, drugi emitowany w 1991, 22 odcinki. „Twin Peaks” osiągnęło sukces na całym świecie. W Polsce również jest dziełem dobrze znanym i cenionym. W tym roku serial wyszedł w wersji BlueRay co wśród fanów wywołało wiele sensacji bo pojawiły się przy tym  plotki o kręceniu trzeciego sezonu z akcją "po 25 latach". Niestety wszelkie spekulacje zostały zdementowane przez samego Lyncha, choć do końca mu jednak nie wierzę i ciągle mam nadzieję...


niedziela, 9 marca 2014

Recenzja na (spóźniony) Dzień Kobiet

   Podobno każdy mężczyzna powinien sobie pozwolić na chwilę słabości. Wczoraj był Dzień Kobiet więc pomyślałem, że to będzie idealna pora na spędzenie wieczoru z jakimś dobrym filmem i piwkiem w ręku. Wspomniana wcześniej słabość wiąże się z tym, że wybrałem komedię romantyczną a do piwa... dolałem sok. No cóż, jeden dzień w roku chyba można, nie?
  "Kiedy Harry poznał Sally" jest filmem z 1989 roku i według mnie przełomowym dziełem w dorobku Meg Ryan, której kariera rozwinęła się w latach 90' na dobre, towarzysząc Tomowi Hanksowi, Nicolasowi Cage'owi czy Russelowi Crowe. Dla mnie, jest to aktorka -  symbol kina romansowego sprzed ubiegłej dekady. Tym razem, w omawianym przeze mnie filmie występuje obok niej (jeszcze młody, szczupły i zaskakująco przypominający Johnny'ego Deppa) amerykański komik Billy Crystal.
  Nie muszę pisać, że jest to historia miłosna, więc najlepszym rozwiązaniem będzie, jeśli opiszę JAK do zaistnienia tego romansu doszło. Otóż, Harry i Sally poznają się pierwszy raz w liceum. Ich znajomość jednak nie rozkwita, Sally jest perfekcjonistką, natomiast Harry ma intrygujący światopogląd, którym bardzo lubi się chwalić. Raczej czują do siebie niesmak niż sympatię. Jednak los niekiedy wydaje się wredny i bohaterowie spotykają się po raz drugi, po pięciu latach, całkiem przypadkowo na lotnisku. Głębszą znajomość dopiero zawiążą po kolejnym odstępie czasu (tak tak, znowu po pięciu latach), tym razem oboje są w trakcie rozstania z obecnymi partnerami (przypadek? a skąd!) i zaczynają się... przyjaźnić.

  Przyjaźń damsko-męska jest jednym z głównych tematów filmu, a zderzamy się z tym już na samym początku, w trakcie wysłuchiwania monologu Crystala, który oczywiście zaprzecza, iż taka relacja miałaby prawo kiedykolwiek zaistnieć. Mimo, że dywagacje Harry'ego bardzo irytują Sally, nam słucha się ich bardzo przyjemnie. Zresztą, ja uwielbiam zawarte w filmach tego typu rozmowy. Z pewnością scenariusz i dialogi należą do atutów tego filmu, który posiada inteligenty humor, sprawiając tym samym wrażenie, jakbyśmy oglądali Woody'ego Allena (mocne skojarzenia z genialnym "Annie Hall"). Zapewniam Was, że nie raz się uśmiejecie na tym filmie.
  Na pewno zwrócicie uwagę na "tło" jakie dla Ryan i Crystala stworzyli ich filmowi przyjaciele grani przez  Bruno Kirby'ego i Carrie Fisher. Kirby posiada sympatyczną aparycję a odtwórczyni pamiętnej księżniczki Lei z "Gwiezdnych Wojen" nie da się nie lubić. Również oboje biorą udział w świetnej scenie rozmowy telefonicznej. Takich smaczków jest więcej, jak np. scena udawania orgazmu przez Sally w restauracji, należąca już do kultowych. Także miłym rozwiązaniem od twórców filmu  są historie opowiadane przez pary z wieloletnim stażem.
   "Kiedy Harry poznał Sally" na pewno nie jest filmem koniecznym do obejrzenia. Jednak jeśli jest się fanem Meg Ryan lub po prostu ma się ochotę obejrzeć jakąś komedię romantyczną na dobrym poziomie to i owszem, z czystym sumieniem mógłbym polecić właśnie ten film. A powyższą recenzję dedykuję wszystkim moim czytelniczkom, które wczoraj przeżywały swoje święto. Bajo!



7/10

sobota, 8 marca 2014

POLSKA MISZCZEM POLSKI!!!

   Co by jakiejś atrakcji zaznać w tym 2014-tym, zdecydowałem się pójść na mecza reprezentacji Polski ze Szkocją. Wiadomo - spotkanie towarzyskie, zaczynamy się powoli ogarniać na eliminacje do EURO, "kołcz" Nawałka musi zdecydować komu zaufać i na kim budować przyszły (oby zwycięski) skład. Teraz już wiadomo - przegraliśmy. Akcja z niczego, strzał z dystansu, Szczęsny się patrzy i gol. Choć tu nie o samym meczu  będzie...
   A Szkoci tymczasem śpiewają w najlepsze. I właśnie dla nich jestem pełen podziwu. Nas, Polaków na Stadionie Narodowym było ponad 41 tysi. Szkotów tylko jeden sektor i ciągle ich słychać. Piękne przyśpiewki (od razu mi się kojarzyły z atmosferą Ligi Angielskiej), ciągle gdzieś w tle bębny, ciągle jakieś kobzy albo klaskanie. Pozytywne nastawienie i w dodatku wszyscy kibice w charakterystycznych kiltach. Wybitne jednostki nawet w samych kiltach. Ewidentnie liczy się dla nich dobra zabawa. A my? Było nas cały stadion a jedyne co potrafiliśmy zaśpiewać to: "Polska, Polska". Czyżby nam brakowało przyśpiewek? Mi akurat bardzo brakowało bo miałem niewyobrażalną ochotę zedrzeć sobie gardło. Może napiszmy kilka wersów, proste rymy, nic skomplikowanego grunt żeby z klimatem i bojowym przekazem. Bo takiej anemii na stadionie dawno nie widziałem. Fala meksykańska zaczynała się z inicjatywy kilku pijanych kolesi, którzy siedzieli przed nami i po kilku próbach jakoś udało im się zarazić (prawie) cały stadion. Każdy w końcu nuci sobie co chce; na komendę "wszyscy wstają i śpiewają" wszyscy wstajemy po czym nikt nie śpiewa (Szkotów tu nie wliczam), brakuje GRUPY ludzi, która by wzięła odpowiedzialność za atmosferę na Stadionie Narodowym i wymogła na tych kilkudziesięciu tysiącach WSPÓLNE dopingowanie. Dla mnie - to jest jedna wielka tragedia.
   A potem wspólny marsz Mostem Poniatowskiego, wśród nas Szkoci, wszystko w przyjaznej atmosferze. Niektórzy robili sobie z nimi zdjęcia, niektórzy przypomnieli sobie wszystkie przyśpiewki, których brakło na stadionie i bardzo chcieli się tym podzielić z resztą, śpiewając na całe gardło.
  Zdecydowanie brakuje nam atmosfery na Narodowym. Niestety PZPN walczy z kibolami, w taki sposób, że cierpią na tym grupy a nie awanturnicze jednostki. A tymczasem większe ciarki przy odsłuchiwaniu Mazurka Dąbrowskiego przeżyłem oglądając ten filmik, niż będąc w środę wśród OGROMNEJ grupy kibiców. 
  

 Swoją drogą sam spiker stadionowy również był strasznie drętwy. I tak dla przypomnienia, jak powinien wyglądać prawdziwy doping:


Miłego kibicowania. Bajo!

poniedziałek, 3 marca 2014

Oscars 2014

    Przerywamy pobyt w Twin Peaks aby dowiedzieć się co się działo w trakcie nocy z 2 na 3 marca w Dolby Theatre w Kalifornii. A że z Twin Peaks do Hollywood wcale nie jest tak daleko jak z Polski, więc wybrałem się na słynną Galę rozdania Oskarów, już osiemdziesiątą szóstką zresztą...
    Postanowiłem po raz pierwszy zerwać tę jedną (wyjątkową?) nockę w  roku i obejrzałeć CAŁĄ transmisję od A do Z. Właściwie od C do Z bo przegapiłem jedynie przyznanie nagrody dla Jareda Leto oraz piosenkę Pharrella Williamsa "Happy", znaną na cały świat i nominowaną do Oskara. Nie wiem czy jest się czym chwalić, ale ja jak to co roku bywa, nigdy nie przygotowuję się na tę imprezę poprzez oglądanie nominowanych filmów. Ale na Filmwebie, zawsze lubię sobie postrzelać w sondzie i samemu "poprzyznawać" Oskary według własnego widzimisię. W tym roku zobaczyłem (aż) dwa filmy z nominowanych i szczerze kibicowałem jednemu z nich. A była to "Her" w reżyserii Spike'a  Jonze. Niestety z pięciu możliwych nominacji wyróżniono ten film jedynie raz, w kategorii "Najlepszy scenariusz oryginalny". Fakt, Akademia miała tu sporo racji. Film mnie urzekł i wzruszył nie tylko swoją fabułą ale też muzyką i naprawdę liczyłem, że zespół Arcade Fire, który tworzył ścieżkę dźwiękową do "Her" zostanie także nagrodzony. Niestety przeliczyłem się. Wygrała "Grawitacja".
    W ogóle większość nagród zgarnęła "Grawitacja". Aż zaciekawiło mnie czy ten film jest naprawdę taki dobry. "Gravity" dostało aż siedem statuetek, nawet dla najlepszego reżysera (czytaj: Alfonso Cuaron). Przypomniały mi się czasy fascynacji Avatarem, tak swoją drogą...
    Niestety też nie doceniono U2 w kategorii Najlepsza piosenka. A szkoda, bo kawałek "Ordinary Love" był naprawdę pozytywny. Tak jak wcześniej wspomniane "Happy", zresztą. Zaskoczeniem dla mnie było przyznanie tej nagrody dość średniej piosence "Let it go" z animacji "Kraina Lodu". Podobnie zdziwiło mnie  wybranie "Zniewolonego" na Najlepszy film roku. Plotka głosi, że  "12 years a slave" weszło w kanon filmów obowiązkowych w amerykańskich liceach. "Wilk z Wall Street" na pewno by nie pasował do takiej grupy lektur...
     Co do samej Gali, miałbym kilka uwag. Np. pani prowadząca mi w ogóle nie przypadła do gustu. Była nią aktorka Ellen DeGeneres. Dla mnie jej żarty były po prostu słabe choć dwukrotnie bardzo mile mnie zaskoczyła. Po raz pierwszy "samojebką na Twitter", kiedy to całkiem spontanicznie poprosiła Meryl Streep o wspólne zdjęcie i nagle przyłączyła się do niego grupa innych aktorów z Kevinem Spacey'em, Bratem Pittem i Angeliną Jolie włącznie. I drugi raz, gdy na Galę zamówiła pizze.
     Jestem pełen podziwu dla tłumacza, który musi nadążać z nawijką po polskiemu, bo sama Gala jest prowadzona dość dynamicznie i przyznam, ja bym nie dał rady. Podejrzewam, że przez to głos lektora przypominał niekiedy bełkot menela spod sklepu. Co odbiło się na żartach prowadzącej, które u mnie straciły na wartości... I jeszcze moja mała uwaga: strasznie mnie irytowała pani Kaja Klimek (te hipsterskie okulary...) która zdawała relację wraz z Tomaszem Raczkiem w Canal +. Zamiast dać nam, widzom, pełną klasy Grażynę Torbicką dostaliśmy... no już nie będę dokańczać...
    Ogólnie jestem średnio usatysfakcjonowany z tegorocznej Gali. Zwłaszcza przez brak nagrody dla DiCaprio, U2 czy przez przyznanie nagród "Krainie Lodu". Ale za to wyróżniono Jareda Leto, Spike Jonze'a czy Cate Blanchett, za których trzymałem kciuki. Wracając do typów z Filmweba, trafiłem zaledwie dziesięć kategorii z dwudziestu czterech. Podobnie było rok temu... Może w przyszłym roku się lepiej przygotuję... Tymczasem się pakuję i wracam do Twin Peaks...

No i podsumowanie (podaje te najważniejsze):
NAJLEPSZY FILM:                                                                              "ZNIEWOLONY"
NAJLEPSZY REŻYSER:                                                             ALFONSO CUARON
NAJLEPSZY SCENARIUSZ ORYGINALNY:                                                       "HER"
NAJLEPSZY SCENARIUSZ ADOPTOWANY:                                   "ZNIEWOLONY"
NAJLEPSZY AKTOR PIERWSZOPLANOWY:            MATTHEW MCCONAUGHEY
NAJLEPSZA AKTORKA PIERWSZOPLANOWA:                       CATE BLANCHETT
NAJLEPSZY AKTOR DRUGOPLANOWY:                                           JARED LETO
NAJLEPSZA AKTORKA DRUGOPLANOWA:                               LUPITA NYONG'O
NAJLEPSZA PIOSENKA :                                 "LET IT GO" z filmu "KRAINA LODU"
NAJLEPSZA MUZYKA, ZDJĘCIA, DŹWIĘK, EFEKTY SPECJALNE:"GRAWITACJA"

poniedziałek, 24 lutego 2014

Witamy w Twin Peaks, część 1

   Kadr na siedzącego na gałązce drozda. Potem widok na tartak, z kominów wydobywa się biały dym. Maszyny ostrzące ząbki w tarczach do cięcia drewna i w końcu ta jakże charakterystyczna tabliczka przy opuszczonej szosie na tle bliźniaczych gór. „Welcome to Twin Peaks” – głosi napis. Czy jednak to miasteczko jest tak urocze jak nam to jest przedstawiane w trakcie napisów początkowych  kolejnego odcinka serialu?
   Niestety nie do końca. W Twin Peaks bowiem doszło do tragedii: zamordowano młodziutką Laurę Palmer a także zaginęła jej rówieśniczka, Ronette Pulaski. Do miasteczka przybywa agent FBI Dale Cooper, z którym będziemy odkrywać zagadkową śmierć Laury. Z każdym kolejnym odcinkiem coraz bardziej poznajemy zarówno protagonistę Coopera jak i zwykłych mieszkańców Twin Peaks. I jak na dobry serial przystało, bohaterów i wątków z nimi związanych jest całkiem sporo, a wśród nich znajdziemy przestępstwa narkotykowe, liczne romanse (bo co to ma być za serial pozbawiony miłosnych historii?) czy rywalizacja o wpływy i władzę. Agentowi Cooperowi będzie pomagać miejscowa policja w składzie: wzbudzającego zaufanie szeryfa Harry’ego Trumana, naiwnego ale za to bardzo sympatycznego zastępcy Andy’ego oraz  posiadającego indiańskie korzenie i instynkt tropiciela Hawka. Oczywiście wpływ na losy śledztwa będą mieć także inni bohaterowie, bardziej lub mniej zamieszani w sprawę morderstwa panny Palmer, od znęcającego się nad żoną Leo Johnsona poczynając, a na samych rodzicach Laury kończąc.
      Serial zaczyna się dosyć spokojnie. Pierwsze dwa odcinki bardzo smutne i dramatyczne. Mieszkańcy są zaskoczeni tragedią, opłakują śmierć młodej dziewczyny, a zwłaszcza jej szkolni przyjaciele: były chłopak James, Audrey czy najlepsza przyjaciółka Laury – Donna. Akcja zaczyna nabierać tempa gdy to agent Cooper wkracza do akcji. W tej roli wystąpił Kyle MacLachlan, który przeze mnie będzie już do końca swojej kariery kojarzony z sympatycznym śledczym. Bowiem bardzo ciężko jest nie polubić agenta Dale’a. Od pierwszych scen widzimy jego pozytywną energię i entuzjazm. Również i nam udziela się jego zachwyt nad Twinpeaksowym przysmakiem, czyli pączkami oraz ciastem wiśniowym. Nie mogę zapomnieć o „damn good coffe”, bo kawa jak się później okazuje, staje ważnym elementem serialu. Obecnie jest jednym z symboli kojarzonych z serialem a samym wizerunkom Coopera często towarzyszy trzymana w dłoni biała filiżanka gorącego napoju. Nawet pokuszę się o przedstawienie krótkiego wycinka serialu, przedstawiającego degustację kawy przez agenta Coopera:


   Może i scena na nikim nie wywrze wrażenia ale zapewniam, że dopiero po obejrzeniu  całego serialu poczujecie tęsknotę za tym miasteczkiem. I choć minęło kilka miesięcy odkąd ten cudny seans mam za sobą, jednak „Miasteczko Twin Peaks” działa na mnie dalej  i ciągle zmusza do szukania odpowiedzi na wiele pytań jakie za sobą pozostawiło. Ale o tym w drugiej części…
   „Miasteczko Twin Peaks” wciąga, bo ma przede wszystkim klimat. Któż nie marzył przeprowadzić się do spokojnej, oddalonej od cywilizacji małej mieściny gdzie może żyć z wypisanym szczęściem na twarzy, do końca swych dni? I to w dodatku, w iście „kanadyjskim” stylu, gdyż miasteczko otoczone jest dzikimi lasami oraz zamglonymi górami.  Idylliczny klimat szybko się rozwiewa, w chwili gdy poznajemy mieszkańców Twin Peaks. Widzimy ich problemy, słabości czy najskrytsze (a może i najmroczniejsze) tajemnice. Postacie są dopracowane, każda z nich ma określone cechy czy system wartości, którym się kieruje. Scenarzyści zadbali też o wewnętrzną przemianę niektórych z nich, i tu nasuwa mi się przykład wspomnianej wcześniej Audrey Horne, która z niesfornej nastolatki przekształca się w dojrzałą kobietę.
   Z biegiem odcinków nasze postrzeganie się zmienia nie tylko co do bohaterów lecz także do samej przyrody: lasy okalające miasteczko zaczynają wydawać się złowieszcze, skrywające tajemnice, a najbardziej niebezpiecznymi zwierzętami stają się nie wilki czy niedźwiedzie, lecz wszystko obserwujące sowy… Bo przecież „sowy nie są tym czym się wydają”. 
  Opis „Miasteczko Twin Peaks” w jednym poście to jednak zdecydowanie za mało. Wielowątkowość i samo bogactwo jakim David Lynch  obdarzył serial nie wystarcza do zmieszczenia tego w jednej recenzji. Dlatego zapraszam do części drugiej…



PS. Taka ciekawostka: 24 lutego 1989 zaczyna się akcja "Miasteczka...", czyli to właśnie dziś przypada 25. rocznica znalezienia zwłok Laury Palmer.

    Dzięki pisaniu Wam o  Twin Peaks, znów mam okazję „pobyć” trochę w tym miasteczku. I czynię to z największą przyjemnością. Oj tak... Zdecydowanie mogę stwierdzić: ten serial uzależnia...