Gdy byłem mały
jakimś zupełnym przypadkiem trafił do moich uszu soundtrack z serialu „Miasteczko
Twin Peaks”. Właściwie chodzi o tzw. main theme, czyli „główny utwór muzyczny
filmu” zatytułowany „Falling” i wykonywany bardzo melancholijnym głosem Julee
Cruise. Do tego doszedł komentarz rodziców co do samego serialu, dotyczący
zwłaszcza tego jak „Miasteczko…” jest straszne i trudne do zrozumienia. Od
tamtej pory sam motyw przewodni wzbudzał
we mnie lęk. I oczywiście ogromne zaciekawienie. Jakoś mamy tak śmiesznie
wrośnięte w naszą naturę, że najbardziej pociąga nas to co nieznane.
Mijały lata a ja o
serialu zapomniałem. Przypomniałem sobie o nim w zeszłym roku, kiedy to
nastąpiła przerwa w nadawaniu „The Walking Dead” oraz „Gry o tron” i człowiek
próbował wypełnić tę serialową pustkę na wszelki możliwy sposób. I tak trafiłem do Twin
Peaks.
Serial jest
autorstwa Davida Lyncha i Marka Frosta. Sylwetki tego pierwszego myślę, że nie
muszę jakoś dokładnie przedstawiać, bo pan Lynch jest osobistością bardzo
charakterystyczną i przy tym troszkę dziwną (ci artyści…) a jego filmy są znane i cenione w środowisku kinomaniaków. Frost
już nie osiągnął takiego sukcesu, podobnie jak większość (świetnych)
aktorów z obsady serialu. A ubolewam nad tym strasznie, bo wybierać się do kina
na film z Sheryl Lee lub Larą Flynn Boyle w roli głównej byłoby dla mnie czystą
przyjemnością.
David Lynch przepada
za symbolami i wypełnia nimi fabułę „Twin Peaks” aż po brzegi i co najgorsze
żadnych przy tym wskazówek nie daje, czego strasznie nie lubię zwłaszcza w
chwili gdy mam przed sobą więcej pytań niż odpowiedzi. Mamy więc białego konia,
mrocznie pohukujące sowy, zagadkowe sny agenta Coopera, wzmianki o UFO a nawet
tańczącego karła. I oczywiście: Boba. Bob to postać, która po swoim pierwszym
pojawieniu się w serialu zmusiła mnie do oglądania kolejnych kilku odcinków w
zminimalizowanym oknie. Bob to uosobienie zła. To duch, to demon skradający się
niczym wilk do swej ofiary i gdy już
jest gotowy do ataku uderza i zabija. Lynch ukazuje go prosto: w postaci
długowłosego siwego mężczyzny, niby nic wielkiego, a jednak przyprawia o
ciarki. Większość osób oglądających „Twin Peaks” w dzieciństwie zawsze najpierw
wspomina o Bobie.
Kolejnym ważnym
elementem serialu, zdecydowanie budującym jego klimat jest muzyka autorstwa
Angelo Badalamentiego, który zaczął swoją współpracę z Lynchem od pamiętnego „Blue
Velvet” z 1986 roku. „Twin Peaks” wyszło 4 lata później. A tu krótki filmik,
przedstawiający jak doszło do stworzenia muzyki do serialu. Widać, że tylko
prawdziwi artyści są wstanie tak kolaborować ze sobą i napisać coś tak pięknego. Filmik niestety bez polskich napisów ale nie trzeba znać angielskiego aby widzieć ile emocji
przekazał w tej muzyce Badalamenti. I o geniuszu Lyncha też nie wolno nam
zapomnieć.
Wspaniałość dzieła
Lyncha także przejawia się w niektórych scenach, które nawet pozwolę sobie
nazwać epickimi i nietypowymi jak na produkcję telewizyjną. Warto wspomnieć o
momencie w którym przyjaciele zmarłej Laury oraz jej kuzynka układają piosenkę „Just
you” albo o budzących niepokój scenach w
Czarnej Chacie. Serial nie jest pozbawiony także wątków humorystycznych, które są miłą odskocznią od tematu walki dobra ze złem, który jest jego głównym motywem.
Premiera "Miasteczka..." odbyła się 8 kwietnia 1990 w
stacji ABC. Pierwszy sezon zawiera 8 odcinków, drugi emitowany w 1991, 22
odcinki. „Twin Peaks” osiągnęło sukces na całym świecie. W Polsce również jest
dziełem dobrze znanym i cenionym. W tym roku serial wyszedł w wersji BlueRay co wśród fanów wywołało wiele sensacji bo pojawiły się przy tym plotki o kręceniu trzeciego sezonu z akcją "po 25 latach". Niestety wszelkie spekulacje zostały zdementowane przez samego Lyncha, choć do końca mu jednak nie wierzę i ciągle mam nadzieję...


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz