piątek, 14 marca 2014

Twin Peaks, część 2

   Gdy byłem mały jakimś zupełnym przypadkiem trafił do moich uszu soundtrack z serialu „Miasteczko Twin Peaks”. Właściwie chodzi o tzw. main theme, czyli „główny utwór muzyczny filmu” zatytułowany „Falling” i wykonywany bardzo melancholijnym głosem Julee Cruise. Do tego doszedł komentarz rodziców co do samego serialu, dotyczący zwłaszcza tego jak „Miasteczko…” jest straszne i trudne do zrozumienia. Od tamtej pory sam motyw przewodni  wzbudzał we mnie lęk. I oczywiście ogromne zaciekawienie. Jakoś mamy tak śmiesznie wrośnięte w naszą naturę, że najbardziej pociąga nas to co nieznane.
    Mijały lata a ja o serialu zapomniałem. Przypomniałem sobie o nim w zeszłym roku, kiedy to nastąpiła przerwa w nadawaniu „The Walking Dead” oraz „Gry o tron” i człowiek próbował wypełnić tę serialową pustkę na wszelki możliwy sposób. I tak trafiłem do Twin Peaks. 
   Serial jest autorstwa Davida Lyncha i Marka Frosta. Sylwetki tego pierwszego myślę, że nie muszę jakoś dokładnie przedstawiać, bo pan Lynch jest osobistością bardzo charakterystyczną i przy tym troszkę dziwną (ci artyści…) a jego filmy są  znane i cenione w środowisku kinomaniaków. Frost już nie osiągnął takiego sukcesu, podobnie jak większość (świetnych) aktorów z obsady serialu. A ubolewam nad tym strasznie, bo wybierać się do kina na film z Sheryl Lee lub Larą Flynn Boyle w roli głównej byłoby dla mnie czystą przyjemnością.

  David Lynch przepada za symbolami i wypełnia nimi fabułę „Twin Peaks” aż po brzegi i co najgorsze żadnych przy tym wskazówek nie daje, czego strasznie nie lubię zwłaszcza w chwili gdy mam przed sobą więcej pytań niż odpowiedzi. Mamy więc białego konia, mrocznie pohukujące sowy, zagadkowe sny agenta Coopera, wzmianki o UFO a nawet tańczącego karła. I oczywiście: Boba. Bob to postać, która po swoim pierwszym pojawieniu się w serialu zmusiła mnie do oglądania kolejnych kilku odcinków w zminimalizowanym oknie. Bob to uosobienie zła. To duch, to demon skradający się niczym wilk do swej ofiary  i gdy już jest gotowy do ataku uderza i zabija. Lynch ukazuje go prosto: w postaci długowłosego siwego mężczyzny, niby nic wielkiego, a jednak przyprawia o ciarki. Większość osób oglądających „Twin Peaks” w dzieciństwie zawsze najpierw wspomina o Bobie.  
   Kolejnym ważnym elementem serialu, zdecydowanie budującym jego klimat jest muzyka autorstwa Angelo Badalamentiego, który zaczął swoją współpracę z Lynchem od pamiętnego „Blue Velvet” z 1986 roku. „Twin Peaks” wyszło 4 lata później. A tu krótki filmik, przedstawiający jak doszło do stworzenia muzyki do serialu. Widać, że tylko prawdziwi artyści są wstanie tak kolaborować ze sobą i napisać coś tak pięknego. Filmik niestety bez polskich napisów ale nie trzeba znać angielskiego aby widzieć ile emocji przekazał w tej muzyce Badalamenti. I o geniuszu Lyncha też nie wolno nam zapomnieć.


  Wspaniałość dzieła Lyncha także przejawia się w niektórych scenach, które nawet pozwolę sobie nazwać epickimi i nietypowymi jak na produkcję telewizyjną. Warto wspomnieć o momencie w którym przyjaciele zmarłej Laury oraz jej kuzynka układają piosenkę „Just you” albo o budzących niepokój scenach w Czarnej Chacie. Serial nie jest pozbawiony także wątków humorystycznych, które są miłą odskocznią od tematu walki dobra ze złem, który jest jego głównym motywem.
   Premiera "Miasteczka..." odbyła się 8 kwietnia 1990 w stacji ABC. Pierwszy sezon zawiera 8 odcinków, drugi emitowany w 1991, 22 odcinki. „Twin Peaks” osiągnęło sukces na całym świecie. W Polsce również jest dziełem dobrze znanym i cenionym. W tym roku serial wyszedł w wersji BlueRay co wśród fanów wywołało wiele sensacji bo pojawiły się przy tym  plotki o kręceniu trzeciego sezonu z akcją "po 25 latach". Niestety wszelkie spekulacje zostały zdementowane przez samego Lyncha, choć do końca mu jednak nie wierzę i ciągle mam nadzieję...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz