Jak każde artystyczne dzieło, tak i Miasteczko Twin Peaks
posiada wiele niedoróbek wołających o pomstę do nieba. Chciałbym przedstawić
Wam kilka z nich, tych najgorszych, które z pewnością mogą wpłynąć na Waszą
ocenę i odbiór serialu. Więc zaczynajmy.
Po pierwsze - kicz. W
pełni akceptuję to, że niektóre sceny nie dało się przedstawić inaczej bo raz:
tak po prostu wtedy kręcono, dwa: nie mieli innego pomysłu, trzy: nie mieli
innych środków. Dzięki temu będziemy częstowani od czasu do czasu jakimiś
kiczowatymi scenami, po których zechce się krzyknąć: WHAT THE FUCK?! Jak jeszcze
do tego dojdzie cała ta Lynchowska symbolika - no to jesteśmy zgubieni.
Po drugie – zmieniający się autorzy. Co prawda cały czas
Frost&Lynch czuwali nad dziełem, jednak większość odcinków reżyserowały i pisały do nich scenariusze zupełnie inne osoby. I przez to
serial jest momentami bardzo nierówny. Odcinki kręcone przez Lyncha mają klimat
i możemy się śmiało w nich spodziewać jakiegoś paranormalnego, mrocznego
zjawiska. Jednak gdy schedę przejmują inni artyści, niestety to już nie jest to samo.
Otóż, będziemy świadkami doprowadzających do mdłości scen między zakochanymi
mieszkańcami Twin Peaks (tak, ten nieszczęsny James Hurley), zbędnymi wątkami „zapychaczami”
(kto ogląda „The Walking Dead” dokładnie będzie wiedział o co mi chodzi) czy
nawet głupimi rozwiązaniami dalszych losów kilku postaci (choćby i nawet
ZAKOŃCZENIE SERIALU, do którego już przechodzę )
Po trzecie – serial się kończy tak jak nie powinien, czyli po prostu w
ogóle się nie ma zakończenia. To właśnie ostatni odcinek nakłonił mnie do
wytknięcia błędów „Miasteczku Twin Peaks” (taka moja mała zemsta na Lynchu), bo finał zdecydowanie należy do
najbardziej rozczarowujących w historii seriali. Bierze się to stąd, że serial
miał mieć trzeci sezon, co jednak się niestety nie udało ze względu na
spadającą popularność ( a dziś ci niedobrzy widzowie pewnie plują sobie w
brodę). I tak mamy mnóstwo niedomkniętych wątków, w tym najważniejszy dotyczący
agenta Coopera. Lynch jednak zamiast dokręcić, choćby jeden zamykający wszystko
odcinek, stworzył:
Po czwarte – „Ogniu krocz za mną”, czyli film fabularny,
będący prequelem wydarzeń serialowych, którego za żadne skarby nie można
oglądać przed zapoznaniem się z treścią „Miasteczka Twin Peaks”. A film,
bardziej mroczny i brutalny niż wszystkie trzydzieści odcinków serialu, również
bardziej przerażający (scena z przeglądającym się w kamerze ochrony Cooperem – genialna) i… porąbany. Lynch nas od pierwszych minut katuje wręcz
symboliką, którą ciężko zrozumieć i przez co film nie daje nam żadnej
odpowiedzi na pozostawione przez serial pytania. Ale…
Jest nadzieja. Dla tych, którzy niezaakceptowani zakończenia serialu,
zachęcam do zapoznania się ze scenariuszem trzydziestego pierwszego epizodu, napisanym
przez Johna Fittena Goldsmitha, który wieńczy dzieło i zamyka wszystkie wątki.
Po przeczytaniu (oczywiście z wypiekami na twarzy) skryptu, byłem bardzo mile
zaskoczony pomysłowością, dokładnością i rzetelnością autora. Goldsmith
dopisując kolejne historie postaci z Twin Peaks wzorował się nie tylko na
serialu czy filmie ale czerpał swą wiedzę z książek napisanych na kanwie
uniwersum Twin Peaks. Scenariusz
znajdziecie w internecie pod hasłem „Sowy nie są tym czym się wydają”.
I tak moja podróż do Twin Peaks dobiegła końca. Mam
nadzieję, że zachęciłem Was do wciągnięcia się w klimat tego sennego
miasteczka. Pomimo wyżej wymienionych wad, naprawdę warto zapoznać się z
serialem, spotkać agenta Coopera, stanąć oko w oko z Bobem, czy wspólnie
opłakiwać śmierć Laury Palmer. M.in. też dlatego, że „Miasteczko Twin Peaks”
odcisnęło piętno na naszej kulturze i jest dziełem przełomowym jeśli chodzi o jakość produkcji telewizyjnych. Polecam gorąco!
9/10 (było by i 10 gdyby nie ten finał...)
9/10 (było by i 10 gdyby nie ten finał...)










