sobota, 26 kwietnia 2014

Ride or die!

   Czy pamiętacie zachwyt nad nielegalnymi wyścigami, stuningowanymi samochodami i towarzyszącym kierowcom skąpo ubranymi paniami? W latach 90tych, zdecydowanie przyczyniła się do tej fascynacji seria gier Need for Speed oraz wyprodukowany w 2001 roku film "Szybcy i wściekli". Podobieństw między jednym a drugim jest wiele ponieważ dotyczą tego samego: tuningu samochodów, nocnych wyścigów oraz dokuczaniu policji. Tym razem chciałbym jednak się skupić na produkcjach, które mieliśmy okazję obejrzeć na srebrnym ekranie...
   "Szybcy i wściekli" opowiadają historię policjanta Briana O'Connera, którego zadaniem jest wniknięcie w środowisko nocnych ścigaczy aby rozpracować kto stoi za serią napadów na ciężarówki przewożących cenne towary. Na szczęście Brian uwielbia samochody i lubi mocno wciskać gaz więc zyskanie szacunku i zaufania w nowej grupie nie będzie dla niego większym problemem. Tam poznaje m.in Dominica Torreto, jego siostrę Mię oraz Lettę, ukochaną Doma.
   Ogromny sukces pierwszej części przyczynił się do powstania "Za szybkich, za wściekłych", gdzie Paulowi Walkerowi towarzyszyli m.in Eva Mendes czy Tyrese Gibson. Wielu by mogło zarzucić, że film ten jest słabą kontynuacją ze względu na brak bohaterów z poprzedniej części. Fani tym bardziej mogliby zacząć nienawidzić twórców za "Tokio Drift", czyli trzeci film opowiadający o nielegalnych wyścigach, którego akcja działa się w dodatku w Japonii i niewiele łączyła się z fabułą, którą wcześniej uraczyli nas filmowcy z wyjątkiem końcowej sceny (której oczywiście nie zdradzę). Wszelkie podejrzenia o tym dokąd ta seria zmierza zostały rozwiane gdy wyszło w 2009 roku, czyli trzy lata później po japońskich wyścigach, "Szybko i wściekle", gdzie pojawiła się stara gwardia z Vinem Dieselem jako Dominickiem Torreto na czele. A to za sprawą reżysera Justina Lina, na którego koncie są także "Fast 5" z 2011 oraz ostatnia "Furious 6" mająca premierę w zeszłym roku.
  Po słabszej czwartej części będącej wprowadzeniem do dalszych przygód grupy kierowców, w "Szybcy i wściekli 5" otrzymujemy naprawdę solidnego kopa i tę część akurat oceniam najwyżej spośród pozostałych. Dlaczego? Ponieważ pojawiają się kolejne osoby z poprzednich filmów jak postać Hana czy Romana Pierce'a, a dla mnie takie fabularne nawiązania sprawiające, że wszystko "trzyma się kupy" są ogromnym plusem. Seria wówczas wydaje się być zaplanowana i nie ma w niej przypadkowych postaci. Kolejnym atutem jest scenariusz, opierający się na szkielecie typowego "heist movie", czyli: tworzymy grupę, robimy plan, dokonujemy napadu. Osobiście, przepadam za takiego typu filmami a wisienką na torcie zwanym "Fast 5" jest na pewno sama końcowa scena pościgu. Kontynuacja z 2013 roku może już tak nie porywa, jednak stanowi kolejny ważny element w całej tej układance. I oczywiście jest zapowiedzią siódmych "Szybkich i wściekłych".
  Serii można zarzucić wiele, choćby postać samego Briana, która wydaje się być przede wszystkim mało rozbudowana i chwilami bardzo nijaka, pomimo że to jego najczęściej widzimy na ekranie. Jednak za sprawą odgrywającego ją Paula Walkera wzbudza w nas sympatię i szybko stajemy po jej stronie. Musimy się także przyzwyczaić do naruszania zasad praw fizyki i grawitacji w trakcie scen wyścigów, zwłaszcza w dwóch ostatnich filmach, co niektórym może się wydawać przesadzone i znacznie obniżyć ocenę końcową po seansie. Także nie dało się uniknąć pewnych niedociągnięć w samej fabule, gdy np. nagle dowiadujemy się, że dany bohater jest genialnym hakerem mimo, że w poprzednich filmach nie było o tym mowy.

  "Szybcy i wściekli" urzekli mnie jednak wieloma czynnikami. Jeśli chodzi o postacie, to z pewnością wyraźnie nam się tu rysuje Dominic Torreto, który wielokrotnie będzie stawiany przed licznymi dylematami czy też będzie popadać w niejeden konflikt. Wprowadzenie agenta Hobbsa, którego zagrał Dwayne "The Rock" Johnson także dodaje kolorytu serii. Aż miło było patrzeć gdy między tymi dwoma wspomnianymi wyżej mięśniakami dochodzi do bójki. Ciągła obecność scen z pojedynkami na samochody, widok bezradnej policji czy lekki humor nadają tej serii przyjemny ton. Melomani także znajdą coś dla siebie, ponieważ co chwila słychać dobry, amerykański rap w chwilach gdy gasną ryki silników.
   Trudno nie wspomnieć o tragicznej śmierci Paula Walkera, który w listopadzie ubiegłego roku zginął w wypadku samochodowym spowodowanym przez jego wspólnika Rogera Rodasa. Walker był wówczas w trakcie dokańczania zdjęć do "Furious 7". Twórcy zapowiedzieli, że film mimo wszystko pojawi się na ekranach kin z pewnym opóźnieniem, a w niedokręconych scenach z O'Connerem Walkera Paula zastąpi jego młodszy brat Cody przy wykorzystaniu odpowiednich sposobów kręcenia (np. dalekie odległości) i zastosowaniu techniki komputerowej.
   Pierwsza część "Fast and furious" wniosła pewną świeżość do kina sensacyjnego. Będąc jeszcze małymi chłopcami, moje pokolenie po seansie chciało mieć podrasowane fury, być mięśniakami jak Vin Diesel czy brać udział w nielegalnych rajdach po mieście. O posiadaniu Nitro we własnym wozie już nie wspomnę. Taką możliwość dawały wówczas tego typu  filmy lub wspomniane wcześniej gry spod znaku "Need for Speed". Komu jednak nie w głowie wciskanie klawiszy przed komputerem bądź otrzymywanie mandatów za przekroczenie szybkości śmiało może sięgnąć po historię Briana O'Connera, jego przyjaciół i ich samochodów. Na pewno się nie zawiedzie.



Wyróżniam część piątą choć całej serii przyznaje 7/10

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Na rozstaju dróg

   "Rozdroża"
    Minęło sporo czasu odkąd pisałem na temat jakiejś przeczytanej książki, która zresztą byłaby godna polecenia. Jednym z owoców posesyjnego wypoczynku w trakcie ferii zimowych była książka "Rozdroża" Williama Paula Younga, znanego z przeboju "Chata". Aby wstęp do recenzji można było nazwać solidnym muszę wspomnieć też i o samym autorze.
    William P. Young jest człowiekiem z ciekawą historią a świadczą o tym już jego same młodzieńcze lata.  Rodzice Younga byli misjonarzami a młodziutki Bill miał okazję wychowywać się wśród plemion Dzikich zamieszkujących tereny Papui - Nowej Gwinei. Podejmował się różnych zawodów, był aktorem, DJ-em, a wiara w Boga nakłoniła go nawet do wstąpienia do seminarium. W jednym z wywiadów wspomniał o pewnej traumie z dzieciństwa związanej z wykorzystywaniem seksualnym jakiego doznał od znajomych państwa Youngów. Obecnie jest jednak szczęśliwym ojcem sześciorga dzieci. Śmiało można go nazwać "mistrzem przebaczania" bo właśnie tematykę wybaczania obrał w swoim debiucie literackim pt. "Chata". Książka odniosła ogromny sukces i zwłaszcza wśród środowisk chrześcijańskich stała się obowiązkową pozycją. Mnie również zachwyciła więc podchodząc do kolejnego dzieła Younga miałem pewne obawy, czy aby nie otrzymam odgrzewanego kotleta. Na szczęście zostałem mile zaskoczony.
     Bohaterem "Rozdroży" jest Anthony Spencer, bezwzględny biznesmen, który wie czego chce i jak po to sięgać, często dokonując tego kosztem innych. Prowadzi życie samotnego egoisty powoli popadającego w alkoholizm.  Jego obecne postępowanie znajduje swą przyczynę w tragicznej przeszłości jednak, jak to lubi Young pokazywać w swych książkach, Bóg nie zważając na to co nas spotkało ciągle czuwa i daje drugą szansę. Pewnego razu Anthony ulega wypadkowi w wyniku którego zapada w śpiączkę. To co wydawać by się mogło końcem tak naprawdę staje się dla niego początkiem pięknej historii osadzonej w dwóch światach - tym ziemskim oraz  nadprzyrodzonym.
   Podobnie jak przy "Chacie" Young zachowuje pewien schemat: mamy zgorzkniałego, cierpiącego bohatera, który przedostaje się do "równoległej rzeczywistości" gdzie otrzymuje możliwość naprawienia życia swojego oraz innych. Niektórzy mogą marudzić, że większość (jak nie wszystkich) historii związanych z nawracaniem się oraz wiarą w Boga jest przewidywalnych bo zawsze się kończą słowami typu: "odkąd się nawróciłem/łam żyję długo i szczęśliwie". A tak właściwie to nie chodzi o zakończenia tych historii ale o sam proces uzdrawiania, bo zazwyczaj to on jest najciekawszy, co Young zresztą świetnie pokazuje. Nie brakuje mu też pomysłów na to jak można wyleczyć drugiego człowieka.
  Ogromnym plusem "Rozdroży" jest obecność  Cabby'ego,  chłopca cierpiącego na zespół Downa (choć po przeczytaniu tej książki naprawdę zacząłem się zastanawiać czy osoby uznawane za "chore" nie są aby szczęśliwsze i mniej cierpiące od nas, tych "zdrowych"?). Postać ta dodaje bardzo wiele do książki, a fragmenty z jej udziałem czyta się najprzyjemniej. Są to sceny nie tylko zabawne ale także mocno chwytające za serce. Jestem również pełen podziwu dla Younga za świetne ukazanie codziennego zachowania osoby z zespołem Downa, jej sposobu myślenia, gestów czy słów. I najważniejsze - budowania relacji z innymi ludźmi, matką czy samym Anthonym.
    Książka na pewno wzbudzi w Was dużo emocji. Young przekazuje nam wiele uśmiechu i nadziei w swojej twórczości. Muszę przyznać, że nie raz w oczach stawały mi łzy wzruszenia. Co prawda książka nie "niszczy emocjonalnie" tak bardzo jak "Chata", ale mamy w niej za to wiele pozytywnego przekazu a także ciepłego humoru.
    Gdybym miał się czegoś czepiać, to z pewnością zakończenia. William P. Young nie zastosował mocnego twistera, który mógłby rozłożyć na łopatki niejednego czytelnika, a wręcz przeciwnie, od kilku ostatnich rozdziałów dawał wyraźne znaki, że historia potoczy się tak a nie inaczej. Przez to niestety zamknięcie fabuły staje się przewidywalne. Podobnie jak w "Chacie" musimy się przygotować na nudnawy początek, który po prostu trzeba przebrnąć, ale zapewniam, że warto to zrobić.
    Twórczość Younga nie jest na pewno przeznaczona dla osób potępiających wiarę w Boga czy działalność Kościoła. Ciągle obecne nawiązania do nauczania Chrystusa, należą nie tylko do głównych cech obu książek lecz również do ich mocnych stron. "Rozdroża" (tak jak i "Chata") na pewno spodobają się osobom poszukującym oraz zadającym sobie pytania o sens życia czy cierpienia. Ja na pewno kiedyś wrócę do tych książek bo zachęcają do zastanowienia się, czy może faktycznie istnieje ten "Bóg", który ciągle o nas myśli i martwi się gdy wybieramy zło?

8/10

wtorek, 8 kwietnia 2014

"Tata tararata tararata tararata!"*

   Już za nami premiera czwartego sezonu "Gry o Tron". Jest to serial stacji HBO, który ostatnimi laty zyskał miliony fanów na całym świecie a także w Polsce. Premiera pierwszego odcinka miała miejsce 17 kwietnia 2011 roku i dość szybko podbiła serca widzów przyczyniając się do rychłego zainteresowania samą serią książek, na podstawie których tworzony jest serial.
  Saga książkowa zatytułowana "Pieśń Lodu i Ognia" napisana została (i ciągle jest pisana) przez George'a R. R. Martina, którą pierwszą swą powieść zagnieżdżoną w uniwersum krainy Westeros wydał w 1996 roku. Sam próbowałem przebrnąć przez opasłe tomiszcza spod pióra Martina, jednak nie podziałało to na mnie z takim skutkiem, jak zrobił to serial. Albowiem serial, wciąga od pierwszego odcinka.
   Fabuła "Gry o Tron" skupia się na kilku władcach wywodzących z różnych rodów panujących na ziemiach kontynentu zwanego Westeros. Jak sam tytuł serialu wskazuje, między poszczególnymi rodami panują zgrzyty i ciągła rywalizacja o to, kto zasiądzie na tronie króla i obejmie władze nad innymi.
   Historia zaczyna się od przedstawienia rodziny Starków, którzy rządzą na północnych terytoriach kontynentu.  Głowa rodziny - Eddard Stark jest także bliskim przyjacielem króla Roberta Baratheona, który węzłem małżeńskim związał się z Lannisterami, najbardziej pociągającymi ale też znienawidzonymi postaciami całej sagi. To z tego rodu wywodzi się bohater, który według mnie swoim sprytem i inteligencją zaskarbił sobie najwięcej fanów. Chodzi oczywiście o karła Tyriona Lannistera, którego  w serialu odgrywa genialny Peter Dinklage. Kolejnymi pretendentami do tronu jest "matka smoków", czyli Daenerys Targaryan, bracia króla Baratheona - Stannis oraz Renly, czy  Greyjoyowie zamieszkujących Żelazne Wyspy. Rody więc knują przeciwko sobie, wzajemnie się mordują aby jak najszybciej zastąpić obecnego władcę i zdążyć przed nadchodzącą wieloletnią Zimą.
   Przez chwilę jednak możemy się zastanowić co tak naprawdę przyczyniło się do sukcesu "Gry o tron". Po pierwsze spójrzmy na samych twórców. George R. R. Martin stworzył sagę pełną ciekawych postaci, pomysłów czy fabularnych twistów. Po prostu materiał idealnie nadający się do ekranizacji. A tym natomiast zajęli się D.B Weiss oraz David Benioff, scenarzysta "Troi", "Zostań" a także autor genialnej książki i scenariusza na jej podstawie "25. godzina" gdzie w filmie pamiętną rolę odegrał Edward Norton. Oczywiście nad całością projektu dalej czuwa Martin, który od czasu do czasu wywołuje u nas nienawiść (czy to w książce czy w serialu) uśmierceniem którejś z ulubionych postaci. Taki też jest już znak rozpoznawczy tego pisarza - najpierw przyzwyczajamy się do jakichś postaci, zaczynamy im kibicować aby te mogły następnie zginąć w przeróżnych okolicznościach. A hasło reklamowe 4 sezonu "Wszyscy muszą umrzeć" jedynie to potwierdza.
   Jeśli mamy mówić o postaciach, trzeba koniecznie zwrócić uwagę na to, że to właśnie one są siłą napędową serialu. Jest ich naprawdę mnóstwo i każda z nich ma swoje motywacje oraz słabości (nawet szlachetny Ned Stark). Jedne są barwne i charakterystyczne jak Tyrion czy jego brat Jaimie, ciągle knujący Littlefinger bądź zadziorna Arya Stark, drugie mogą wydawać nam się mdłe ale to i tak nie przeszkadza w rozrywce jaką zapewnia "Gra o Tron". Ba, a nawet pomaga dostrzec kontrast między poszczególnymi bohaterami.
  Kolejna sprawa to smoki. Wszyscy z zapartym tchem wyczekiwali wyklucia się tych małych stworzonek, które z każdym sezonem stają się coraz większe aby wyrosnąć na niebezpieczne stwory zagrażające całemu królestwu. Sam fakt umieszczenia w tej historii smoków był genialnym posunięciem a jeszcze dodanie im pięknej opiekunki - matki Daenerys przyczyniło się do sympatii zwłaszcza męskiej części widowni.
  Kolejnym elementem serialu są Zombie. Westeros od Północnych Krain odgradza ogromny Mur, który ochrania "niewinnych" mieszkańców przed plemionami barbarzyńców oraz (bardzo popularnymi ostatnio w naszej kulturze) nieumarłymi. Co prawda jeszcze nie poświęcono im dużej uwagi w serialu ale od czasu do czasu pojawiają się i przypuszczam, że wkrótce przybędą aby na stałe zagościć w królestwie.
  Seks i przemoc, czyli to co nas pociąga najbardziej również stanowi ważne tło dzieła spod dłuta Martina i spółki z HBO. Tak, jest brutalnie i niekiedy aż za bardzo erotycznie. Niektóre sceny wywołujące zaczerwienienie są naprawdę zbędne i nie wnoszą wiele do serialu oprócz ukazania tego jak Westeros jest zepsute. Ma to jednak swój urok gdy przypomnimy sobie "chędożenie" z wiedźmińskiej sagi Sapkowskiego, które z kart jego książek czasem wylewało się strumieniami.
  Ostatnią rzeczą jest scenariusz. Co poniektóre odcinki jedynie rozwijają intrygi co  może nas czasem przynudzać gdy postać A rozmawia z postacią B, potem B z C, a później C z A, ale za chwilę jesteśmy uderzani końcową sceną danego epizodu, która wzbudza w nas ogromne pragnienie pochłonięcia kolejnego odcinka. Należy wspomnieć też o samych dialogach czy gierkach słownych, niektórych zaczerpniętych żywcem z książki, które są na naprawdę wysokim poziomie.
  Jak widać "Gra o Tron" zasługuje na uwagę każdego miłośnika seriali. Sukces jaki osiągnęła jest zatrważający i godny pozazdroszczenia. Nie będę zadawać retorycznego pytania, kiedy w naszym kraju będzie mogło powstać dzieło na takim poziomie, choć warunki do tego mamy, źródło z którego można czerpać także, bo wystarczy zajrzeć do prozy wcześniej wspomnianego Sapkowskiego czy Komudy.  Póki co jednak warto się zadowolić tym co oferują nam Amerykanie.
  9/10

*fragm. utworu pochodzi z:  Ramin Djawadi - Game of Thrones Main Theme

wtorek, 1 kwietnia 2014

Buuuraaaki!

  Tak jak obiecałem rok temu opisując koncert akustyczny Tymoteusza tak teraz wypełniam swój pisarski obowiązek i przedstawiam Wam: LUXTORPEDĘ! Z racji premiery ich trzeciej płyty zatytułowanej dość nietypowo: "A morał tej historii mógłby być taki, mimo, że cukrowe, to jednak buraki", muszę koniecznie napisać kilka słów na temat swoje ulubionego polskiego bandu.
  Zespół wydał swój pierwszy album zatytułowany "Luxtorpeda" w roku 2011 i po kilku miesiącach a zwłaszcza występie na Woodstocku 2011, gdzie ludzie poznali, że: "przecież tam śpiewa Litza z Acid Drinkers! O ja pier..!" - osiągnął komercyjny sukces. Sukces na tyle duży, że równy rok po wydaniu pierwszego krążka wyszedł album "Robaki", który umocnił pozycję Luxtorpedy w świecie polskiego rocka. Jednak nie samą osobą Litzy Luxi zawdzięczają sławę. Do tego przyczyniły się niezwykłe (ale często dość ciężkie) gitarowe riffy, ciekawe połączenie metalu (krzyki Litzy) z hip hopem (II wokal w wykonaniu Hansa z grupy 52 Dębiec), ciężka praca i talent reszty muzyków i najważniejsze: TEKSTY.
  Teksty Luxtorpedy często dotyczą rzeczy poważnych jak odnalezienia swojej tożsamości, relacji z drugim człowiekiem czy obnażaniu swoich złych stron przed samym sobą. Sam Litza wielokrotnie w wywiadach wspominał, że wcale nie opłacało by mu się jeździć po całej Polsce śpiewając, że kocha Jolę, albo jej czarne oczy. Jak już śpiewać to o czymś solidnym. I właśnie dzięki temu często jesteśmy  masakrowani szczerością tekstów, jakimi nas obdarowują obaj artyści. Do tych "mocniejszych" kawałków z pewnością zaliczymy: "Od zera", poszukiwanie Boga w "Gdzie Ty jesteś?" czy z ostatniej płyty "Nieobecny nieznajomy" opisujący przykre relacje z ojcem. Będąc na jednym z koncertów jeszcze gdy utwory z trzeciej płyty nie były tak dostępne, przy graniu "Nieobecnego..." zaobserwowałem, że publiczność zamarła na pięć minut, a ja razem z nimi. Najciekawszy jest w tym wszystkim fakt, że  grono fanów Luxtorpedy w 80% tworzą ludzie naprawdę młodzi, którzy zaczynają szukać swojego "ja" w dzisiejszym świecie. Luxi więc mają na sobie ogromny ciężar związany z wpływem na takich fanów i co najważniejsze ciągle dają radę go dźwigać. Muszą też pamiętać, że to przez muzykę najłatwiej wpłynąć na drugiego człowieka. I dlatego pomimo poruszania trudnych kwestii otrzymujemy w ich tekstach dużo nadziei oraz wiary w tę lepszą część samego siebie, w tego lepszego wilka.

   W skład zespołu oprócz wspomnianych wcześniej Hansa i Litzy wchodzą doświadczeni muzycy, którzy już nie jedno przeżyli w innych grupach. Więc przy perkusji zasiada Tomek Krzyżanowski "Krzyżyk", drugim gitarzystą jest Robert Drężek "Drężmak" a na basie zwany inaczej Doktorem Kmietą - Krzysztof Kmiecik. Część z nich znała się już z wcześniejszej działalności w 2tm2,3,  bądź Armii. W trakcie budowy zespołu na samym końcu do grupy dołączył Przemysław Frencel, który stworzył z Litzą niezwykły duet wokalny. Ku zaskoczeniu wszystkich Hans odnalazł się bardzo dobrze w muzyce rockowej a słyszane w tle gitary świetnie pasują do jego głosu.
  Luxtorpeda przyjechała po raz trzeci, tym razem jako "cukrowe buraki". Płytka jest też dostępna do odsłuchania na YouTube więc zachęcam nawet tych, którzy za cięższymi brzmieniami nie przepadają. Na pewno coś znajdą dla siebie, czy to w rapowanych zwrotkach Hansa, przesłaniach piosenek czy samym pozytywnym klimacie jaki tworzą między sobą członkowie grupy i starają się zarażać nim fanów. Luxi bowiem mają spory dystans do siebie, a to można zaobserwować w wielu filmikach, które wrzuca zespół na swój fanpage na Facebooku, czy też w teledysku "Mambałagi" promującym najnowszą płytkę: