poniedziałek, 24 lutego 2014

Witamy w Twin Peaks, część 1

   Kadr na siedzącego na gałązce drozda. Potem widok na tartak, z kominów wydobywa się biały dym. Maszyny ostrzące ząbki w tarczach do cięcia drewna i w końcu ta jakże charakterystyczna tabliczka przy opuszczonej szosie na tle bliźniaczych gór. „Welcome to Twin Peaks” – głosi napis. Czy jednak to miasteczko jest tak urocze jak nam to jest przedstawiane w trakcie napisów początkowych  kolejnego odcinka serialu?
   Niestety nie do końca. W Twin Peaks bowiem doszło do tragedii: zamordowano młodziutką Laurę Palmer a także zaginęła jej rówieśniczka, Ronette Pulaski. Do miasteczka przybywa agent FBI Dale Cooper, z którym będziemy odkrywać zagadkową śmierć Laury. Z każdym kolejnym odcinkiem coraz bardziej poznajemy zarówno protagonistę Coopera jak i zwykłych mieszkańców Twin Peaks. I jak na dobry serial przystało, bohaterów i wątków z nimi związanych jest całkiem sporo, a wśród nich znajdziemy przestępstwa narkotykowe, liczne romanse (bo co to ma być za serial pozbawiony miłosnych historii?) czy rywalizacja o wpływy i władzę. Agentowi Cooperowi będzie pomagać miejscowa policja w składzie: wzbudzającego zaufanie szeryfa Harry’ego Trumana, naiwnego ale za to bardzo sympatycznego zastępcy Andy’ego oraz  posiadającego indiańskie korzenie i instynkt tropiciela Hawka. Oczywiście wpływ na losy śledztwa będą mieć także inni bohaterowie, bardziej lub mniej zamieszani w sprawę morderstwa panny Palmer, od znęcającego się nad żoną Leo Johnsona poczynając, a na samych rodzicach Laury kończąc.
      Serial zaczyna się dosyć spokojnie. Pierwsze dwa odcinki bardzo smutne i dramatyczne. Mieszkańcy są zaskoczeni tragedią, opłakują śmierć młodej dziewczyny, a zwłaszcza jej szkolni przyjaciele: były chłopak James, Audrey czy najlepsza przyjaciółka Laury – Donna. Akcja zaczyna nabierać tempa gdy to agent Cooper wkracza do akcji. W tej roli wystąpił Kyle MacLachlan, który przeze mnie będzie już do końca swojej kariery kojarzony z sympatycznym śledczym. Bowiem bardzo ciężko jest nie polubić agenta Dale’a. Od pierwszych scen widzimy jego pozytywną energię i entuzjazm. Również i nam udziela się jego zachwyt nad Twinpeaksowym przysmakiem, czyli pączkami oraz ciastem wiśniowym. Nie mogę zapomnieć o „damn good coffe”, bo kawa jak się później okazuje, staje ważnym elementem serialu. Obecnie jest jednym z symboli kojarzonych z serialem a samym wizerunkom Coopera często towarzyszy trzymana w dłoni biała filiżanka gorącego napoju. Nawet pokuszę się o przedstawienie krótkiego wycinka serialu, przedstawiającego degustację kawy przez agenta Coopera:


   Może i scena na nikim nie wywrze wrażenia ale zapewniam, że dopiero po obejrzeniu  całego serialu poczujecie tęsknotę za tym miasteczkiem. I choć minęło kilka miesięcy odkąd ten cudny seans mam za sobą, jednak „Miasteczko Twin Peaks” działa na mnie dalej  i ciągle zmusza do szukania odpowiedzi na wiele pytań jakie za sobą pozostawiło. Ale o tym w drugiej części…
   „Miasteczko Twin Peaks” wciąga, bo ma przede wszystkim klimat. Któż nie marzył przeprowadzić się do spokojnej, oddalonej od cywilizacji małej mieściny gdzie może żyć z wypisanym szczęściem na twarzy, do końca swych dni? I to w dodatku, w iście „kanadyjskim” stylu, gdyż miasteczko otoczone jest dzikimi lasami oraz zamglonymi górami.  Idylliczny klimat szybko się rozwiewa, w chwili gdy poznajemy mieszkańców Twin Peaks. Widzimy ich problemy, słabości czy najskrytsze (a może i najmroczniejsze) tajemnice. Postacie są dopracowane, każda z nich ma określone cechy czy system wartości, którym się kieruje. Scenarzyści zadbali też o wewnętrzną przemianę niektórych z nich, i tu nasuwa mi się przykład wspomnianej wcześniej Audrey Horne, która z niesfornej nastolatki przekształca się w dojrzałą kobietę.
   Z biegiem odcinków nasze postrzeganie się zmienia nie tylko co do bohaterów lecz także do samej przyrody: lasy okalające miasteczko zaczynają wydawać się złowieszcze, skrywające tajemnice, a najbardziej niebezpiecznymi zwierzętami stają się nie wilki czy niedźwiedzie, lecz wszystko obserwujące sowy… Bo przecież „sowy nie są tym czym się wydają”. 
  Opis „Miasteczko Twin Peaks” w jednym poście to jednak zdecydowanie za mało. Wielowątkowość i samo bogactwo jakim David Lynch  obdarzył serial nie wystarcza do zmieszczenia tego w jednej recenzji. Dlatego zapraszam do części drugiej…



PS. Taka ciekawostka: 24 lutego 1989 zaczyna się akcja "Miasteczka...", czyli to właśnie dziś przypada 25. rocznica znalezienia zwłok Laury Palmer.

    Dzięki pisaniu Wam o  Twin Peaks, znów mam okazję „pobyć” trochę w tym miasteczku. I czynię to z największą przyjemnością. Oj tak... Zdecydowanie mogę stwierdzić: ten serial uzależnia...

piątek, 14 lutego 2014

Piwo to moje... paliwo?

   Dawno, dawno temu a właściwie za czasów średniowiecza gdy mężczyzna (a właściwie rycerz) chciał udowodnić pani swego serca odwagę, honor i poświęcenie, brał udział w turniejach na śmierć i życie, wyruszał na wojnę czy wyprawy krzyżowe a w ostateczności przyłączał się do niebezpiecznych polowań na niedźwiedzie czy dziki. Czasy się zmieniły. Jak to mówią: wszystko ruszyło do przodu, pojedynki na miecze okryła szara przeszłość bo oto wynaleziono broń palną. Strzelaniny rewolwerowców w samo południe czy arystokratów na dworach stały się codziennością. Z biegiem lat już  wystarczyły zwykłe gołe pięści (chociaż kastety, kije baseballowe później też stały się mile widziane).  Ale i rywalizacja o to który klub piłkarski jest lepszy także staje się przeżytkiem. Teraz wszelkie spory będziemy rozwiązywać za pomocą alkoholu. :)
  Otóż wszystko zaczęło się w Kanadzie.To tam w miejscowościach Niagara Falls i Thorold pojawiły się pierwsze internetowe wyzwania. Są to filmiki przedstawiające młodych ludzi, najczęściej studentów wypijających piwo jednym haustem, będące zwieńczeniem wcześniejszych szalonych wyczynów typu: pływania w lodowatej wodzie, publicznego tańczenia czy tarzania się w śniegu. Oczywiście w samej bieliźnie, żeby nie było zbyt nudno. Po dokonaniu artystycznego dzieła i spożyciu ulubionego studenckiego trunku dochodzi do nominacji następnych trzech osób, które mają podnieść rękawice. W przeciwnym razie muszą "za karę" postawić kratę browarów oraz stracą honor w internetowej rzeczywistości (utrata znajomych na Facebooku?). Wyzwanie trzeba podjąć w ciągu dwudziestu czterech godzin, nagrać filmik, wrzucić go na Facebooka i rozprzestrzenić dalej nakładając to zadanie kolejnym znajomym. Faktem jest, że misja ta wymaga nie lada kreatywności, bo pomysły młodych Kanadyjczyków są niekiedy zaskakujące.
   Nie pisałbym o tym gdyby ta moda nie przybyła do naszego kraju. Jednak młodzi Polacy skupili się jedynie na samym delektowaniu się piwem pomijając już to z czego zachodni rówieśnicy zasłynęli na całym świecie. I tu, jak to bywa z każdym nowym zjawiskiem zdania są podzielone. Z jednej strony mamy krytykantów, którzy uważają piwne wyzwanie za efekt debilizmu a może i nawet patologii. Z drugiej strony mamy entuzjastów "publicznego" picia piwa (najczęściej są to sami uczestnicy), którzy tłumaczą, że to jedynie zwykła zabawa i szaleńczy wybryk młodości.
   Ci pierwsi, mają dość solidne argumenty. Zwłaszcza gdy spojrzymy szerzej na nasze społeczeństwo, na poziomy uczelni, studenckie życie, a jeszcze dalej na słynną w Polsce chorobę alkoholową, rozwój programów terapeutycznych dla uzależnionych i współuzależnionych. Krytykujący komentatorzy uważają piwne przedsięwzięcie za przejaw idiotyzmu czy upadającej moralności wśród społeczeństwa, co wynika z papki jaką karmią nas media i programy telewizyjne, które biją się między sobą o popularność jedynie obniżając swój poziom. Niestety też wśród opinii znajdziemy pełno przekleństw wobec uczestników filmików, do czego już powinnyśmy (także niestety) być przyzwyczajeni w internetowym świecie.
   Piwne wyzwania to z pewnością trend, jak najnowszy smartfon, ustawianie zdjęcia żyrafy jako zdjęcia profilowego, czy posiadanie konta na Naszej Klasie. Prawda jest taka, że jak każde z powyższych zjawisk minie, bo muszę przyznać, że już zapomniałem o żyrafach czy portalu Nasza Klasa. Za pół roku po piwnej rywalizacji zostaną jedynie filmiki w internecie, dla jednych będące powodem do dumy i miłych wspomnień, dla drugich wstydu bądź porażki. Sądzę, że każdy jest dorosły i każdy odpowiada za siebie, nawet za to w jaki sposób wyraża siebie w świecie wirtualnym. Niektórzy wybierają inne drogi, na przykład pisanie bloga :)
   Kończąc chciałbym też zwrócić uwagę na to, że zjawiska, które okrążają cały świat i przyjmują się w wielu miejscach na ziemi świadczą o tym jak ten świat wygląda. Jeżeli kręci nas chwalenie się wypiciem piwa za jednym zamachem, to znaczy, że alkohol jest jednak dla naszego społeczeństwa bardzo istotny. Wiem, tym twierdzeniem Ameryki nie odkryłem, ale nie rozumiem krytyków, którzy się dziwią, że takie a nie inne pomysły się u nas przyjmują. Musimy przyznać się, że takie mamy priorytety. Zmienić je możemy my sami, ale pytania jakie mi się nasuwają dotyczą naszych chęci do zmian, skoro jest tak źle, brudno i niemoralnie, to czy chcemy ruszać z miejsca? Co też powinniśmy zrobić by zacząć budować? Może najpierw zaakceptujmy wady naszego społeczeństwa, nie krytykując go bo to i tak niczego dobrego nie daje, ale niczym dobry rodzic popatrzeć na nie z miłością i pogłaskać w te skaleczone miejsca, których i tak szybko nie wygoimy?

piątek, 7 lutego 2014

FREEEDOOOM!!

   LUDZIE, LUDZIE STAŁO SIĘ!!! WRESZCIE UPRAGNIONY FREEDOM!!!

  Ogłaszam wszem i wobec: KONIEC SESJI
Ogłaszam też swoje postanowienia na okres ferii zimowych. Nie będzie to żadna wycieczka do Azerbejdżanu ani wyprawa na Kilimandżaro, no ale od czegoś trzeba zacząć. Mam oczywiście zamiar ciągle Tu pisać (niestety), nadrobić ogromne zaległości książkowe, dalej Dexter, dalej filmy, dalej muzyka i (też niestety) dalej praca. Największym dla mnie sukcesem będzie jednak to pierwsze osiągnięcie, czyli powrót do literatury, bo w dobie Facebooka i tego jak działa na mnie ten serwis, oderwanie się od monitora będzie nie lada wyzwaniem. A można przecież jeszcze pobiegać, poćwiczyć, posprzątać i dokonać wielu innych czynności zaczynających się na literkę "p" zamiast ślęczeć przed laptopem. Myślę że moja deklaracja na blogu, zwłaszcza ujawniona przed Wami zmotywuje mnie do działania. Trzymajcie kciuki ;)

   Chciałbym jeszcze pochwalić się swoimi osiągnięciami "wtrakciesesyjnymi". Pozwolę je sobie wymienić w kilku punktach:
1. Najważniejsze: uruchomiłem ponownie bloga, ożył niczym Frankenstein: IT'S ALIVE, OH MY GOD!! IT'S ALIVE!!!!! :D Szczerze wątpiłem, że kiedyś ten dzień nastąpi, byłem raczej pewien, że się poddam i sobie daruję. A tu jednak wróciłem do pisania mimo że dopiero po upływie około dziesięciu miesięcy. W trakcie tych długich miesięcy wielokrotnie miałem "nawroty" chęci kontynuacji pisania, jednak coś mnie powstrzymywało... Wystarczył jednak odpowiedni bodziec, motywator, pomysł i TADAM!
2. Przesłuchałem całą płytkę "The Wall" Pink Floydów, podczas robienia jednej z prezentacji na zaliczenie. Zaległości niestety mam też w muzyce.
a) do tego dochodzi kilka płytek Stereophonics i Placebo
b) i do tego dochodzi zapoznanie się z Brucem Springsteenem (świetny muzyk i polecam jego najnowszy album "High Hopes")
c) i jeszcze do tego dojdzie twórczość Briana Eno
3. Dwa i pół sezonu Dextera. Może się pokuszę o recenzję.
4. Obejrzałem pięć filmów, z czego trzy zrecenzowałem.

To wszystko w czasie około trzech tygodni. Może dla jednych to mało, dla mnie to naprawdę sporo bo w między czasie godziłem swoje pasje i naukę z pracą, i życiem towarzyskim (które i tak sporo ucierpiało)


Aż się chce zanudzić razem z Vedderem: "ooo I'm still alive" :)
Bajo!



poniedziałek, 3 lutego 2014

Hoffman.

  Wczorajszej nocy potwornie zaskoczyła mnie wiadomość o śmierci jednego z najbardziej utalentowanych aktorów dzisiejszych czasów, czyli Philip'a Seymoura Hoffmana. Przyczyną śmierci było przedawkowanie narkotyków. Zmarł mając zaledwie 46 lat.
  Bardzo zaskoczył mnie fakt o jego problemach z narkotykami. Zacząłem się jednak zastanawiać dlaczego, mając pieniądze i sławę (czyli praktycznie wszystko co większość obywateli pierwszego świata chciała by uzyskać) człowiek pakuje się w tak paskudne uzależnienie? Czyżby ludziom czegoś jednak brakowało? Depresja, pustka a może zbyt duża presja otoczenia?
  Wczorajsza wiadomość wzbudziła we mnie nie tylko smutek ale też i dystans do gwiazd Hollywoodu. Bo kto wie które z nich są jeszcze uzależnione? Jakim zaskoczeniem dla nastolatek byłaby informacja, że podobny los spotkał ich ukochanego Johnny'ego Deppa? Nie oszukujmy się, ci celebryci i celebrytki w pewien sposób są jednak dla nas autorytetami, lubimy ich i odczuwamy smutek (pomimo, że ich osobiście nie znamy), gdy dowiadujemy się, że coś przykrego im się przydarzyło. Bądź myślimy tak jak ja wczoraj i podczas wielu, bardzo wielu innych śmierci słynnych osobowości: "już nie zobaczę tej osoby w żadnym nowym filmie". Trochę to smutne ale i też egoistyczne, nieprawdaż? 
  Powstaje pewna więź, między nami- widzami a nimi - aktorami, mimo, że oni wykonują jedynie swój zawód. To jest tak jakby polubić na przykład kioskarza, który codziennie sprzedaje nam fajki. Jedynie z tą różnicą, że z nim mamy realny kontakt i możemy porozmawiać.
   Przyznam, że Seymour Hoffman nie należał do moich ulubionych aktorów, swoim wyglądem bardziej mi pasował bardziej do odgrywania postaci negatywnych niż pozytywnych a mimo to często mnie zaskakiwał swoimi rolami drugoplanowymi  jak np. w "25. godzinie" czy "Radiu na fali".
     Mam spore braki w jego twórczości, a do długiej listy filmów, które zamierzam oglądać dopiszę na pewno "Mistrz", "Capote" czy "Wątpliwość". Z pewnością  będzie go nam, kinomanom brakować.