Aż mi się nie chce pisać o wyczynach Biało - Czerwonych w trakcie ich drogi do Rio de Janeiro. Do oczu napływają mi łzy, ból serce ściska, a usta chcą wykrzyczeć mnóstwo wulgaryzmów w stronę piłkarzy... Jeszcze za czasów gry Żurawskiego czy Ebiego Smolarka w reprezentacji mieliśmy fantastyczną zasadę znakomitej gry w eliminacjach i dostawania batów już na samym turnieju. Dziś, nasi chłopcy chcą łamać schematy, udowadniać, że "impossible is nothing" i zaczynają kompromitować się już w trakcie samych rozgrywek eliminacyjnych.
Ja rozumiem tę piątkową porażkę. W końcu to była Ukraina. No cóż, silny przeciwnik, ma dużo zawodników popularnych w Europie, są lepsi technicznie, lepiej przygotowani do gry przy zamkniętym dachu i w ogóle wszystko mają lepsze. Niedługo to samo napiszę o Mołdawii, Kazachstanie, Sierra Leone i Burkina Faso. I San Marino.
Wytłumaczy mi ktoś, jak to się dzieje, że praktycznie z każdej strony naszego pięknego kraju, wyrasta nam sąsiad, który nie dość, że nas ogrywa w meczach reprezentacyjnych to na dodatek może zabłysnąć jakimś klubikiem w europejskich pucharach? A my co? Marazm... Patrzymy na sukcesy Lewego w Bundeslidze, albo Szczęsnego na Wyspach i myślimy, że oni sami będą w stanie poprowadzić reprezentację do zwycięstwa? O kondycji polskiej ligi i jej pokazów w Europie nawet nie wspominam, bo to by mogło się zakończyć źle albo dla mojego laptopa, albo dla mnie, albo dla nas obu. Szkoda zdrowia.
Bez zaplecza pomocników, zwłaszcza tych środkowych, Lewy będzie cieniem Lewandowskiego z Niemiec. Podobnie jak i polscy bramkarze. Boruc potrafi dobrze bronić ale z taką grą obrony no cóż...
Jednak cholernie żałuję, że to nie San Marino - zespół składający się z piekarzy i ogrodników, wygrało wtorkowego spotkania. Czemu? To proste. Polski zespół powinien nauczyć się POKORY, przestać lekceważyć gorszych przeciwników ale też i nie bać się grać odważnie z tymi mocniejszymi. Kolejna sprawa, to taka, że bardzo liczyłem i się bardzo zawiodłem na grze naszych na EURO 2012. Mój żal do reprezentacji narodził się w meczu z Czechami, kiedy to kibicowałem jak nigdy polskiej drużynie. I jak nigdy oni mnie zrobili w konia.
Wybaczyć jednak nie potrafię i klęskę z San Marino potraktowałbym jako karę za tamtą zniewagę ale też i jako cień szansy na zmiany. Przegrywając z San Marino w końcu udowodnilibyśmy (przede wszystkim przed sobą), w jakim piłkarskim dnie stoimy. A przecież dopiero od dna można się solidnie odbić...
Pozdrawiam.