niedziela, 9 listopada 2014

W oczekiwaniu na "Furious 7"...

   Ryk silnika, skąpo ubrane panienki, głośna muzyka i NO2, które daje nam ten cudowny efekt rozmycia. Przez chwilę czujemy się Bogiem, przez chwilę możemy wszystko...
   Serię "Need for Speed" pamięta raczej każdy gracz komputerowy, nawet ten, który omijał wyścigówki szerokim łukiem. Gry spod znaku Electronic Arts na pierwszy rzut oka na pewno kojarzymy z adrenaliną i frajdą jaką dawały ucieczki przed stróżami prawa, czy omijanie beczek zrzucanych z policyjnego helikoptera. Było więc wiadome, że po filmie o tym samym tytule i oficjalnym patronacie EA Games będę się spodziewać tego samego. Czy jednak "The Need for Speed" spełnił moje oczekiwanie?
   Aby film wciągał, musi być w nim bohater. Musi być ktoś z kim widz może się utożsamić. Choć seria gier dawała właśnie nam możliwość kierowania coraz to lepszymi samochodami, w filmie sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Dlatego "ja - typowy gracz" został zastąpiony postacią Tobey'a Marshalla, mechanika i zapalonego rajdowca, który wraz z grupką przyjaciół prowadzi warsztat samochodowy. Niestety aby wyjść z długu i dorobić na czynsz musi brać udział w nielegalnych wyścigach. I oto pewnego razu do jego warsztatu zagląda były przyjaciel a obecnie wróg numer jeden - milioner Dino Brewster z ofertą nie do odrzucenia. Jednak intencje Dino od początku nie były czyste przez co Tobey zostaje wrobiony w morderstwo i trafia do więzienia. Wkrótce nasz bohater jednak otrzymuje szansę odegrania się na Brewsterze.
   Fabuła jak widać do skomplikowanych nie należy. Need for Speed jest bowiem prostą historią o zemście. Pomysł nie przypadł mi do gustu, zwłaszcza gdy przez lata byliśmy karmieni w grach motywem: "od zera do bohatera". Taki obraz, przedstawiający historię nikomu nieznanego rajdowca, który zaczyna piąć się na liście najlepszych podziemnych kierowców może i byłby przewidywalny jednak bardziej pasowałby do formuły serii. Z kolei "The Need For Speed" z każdą minutą coraz bardziej oddala się od pierwowzoru i jakby na siłę próbuje nie przypominać konkurencyjnych "Szybkich i wściekłych". Nawet twórcy zrezygnowali z podtlenku azotu, z czego w "Fast and Furious" nie sposób było się opędzić.
  W głównej roli zagrał Aaron Paul, wschodząca gwiazda Hollywoodu, znany przede wszystkim jako Jesse Pinkman z popularnego serialu "The Breaking Bad". Choć aktor starał się jak mógł, bardzo ciężko było mi go zaakceptować jako wrażliwego i mówiącego ściszonym głosem twardziela jakże różniącego się od nieodpowiedzialnego narkomana i luzaka jakim był Jesse. Niestety scenarzyści wymusili na postaci Tobey'a wiele smutnych wątków przez co Aarona widzimy często ze łzami w oczach, co w zamierzeniu dla typowego blockbustera nie jest dobrym rozwiązaniem.
    Film byłby nudny gdyby nie postać Julii Maddon z która to przyjdzie Tobeyowi z pomocą w rywalizacji z Brewsterem. Brytyjska aktorka o nietypowym imieniu Imogen Poots ewidentnie dała historii sporo świeżości i zmotywowała mnie do dokończenia seansu tego niezbyt udanego filmu. Wiele do życzenia pozostawia również główny zły, czyli Dino. Grający go Dominic Cooper zachowywał się jak zagubione dziecko we mgle, może i z winy scenarzystów, którzy nie rozbudowali motywów dla których Dino tak bardzo nienawidził Tobeya. Podobne mam odczucia do grupki przyjaciół Marshalla, którzy za wszelką cenę próbują być śmieszni co prowadzi do tego, że żaden z nich się niczym specjalnym nie wyróżnia od reszty.
   Moim zdaniem "Need for Speed" jest filmem mocno niedopracowanym, za wszelką cenę próbującym być czymś świeżym w tematyce nielegalnych wyścigów, co jest trudne gdy rywalem są "Szybcy i wściekli". Z rzeczy wartych wspomnienia, które mogą zachęcić do obejrzenia tegoż dzieła to na pewno niektóre ciekawe ujęcia podczas samych wyścigów. Mimo błędów i dłużyzn (nawet same wyścigi jakoś nie porywają) ogląda się chwilami naprawdę przyjemnie a to głównie dzięki dwójce głównych bohaterów. Zdecydowanie jednak polecam grę. Albo "The Breaking Bad".



6/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz