wtorek, 26 sierpnia 2014

Wracamy do domu.

"Powrót do Garden State"
    Istnieje pewna grupa filmów, najczęściej oscylują one na granicy gatunków dramatu i komedii obyczajowej, a są to filmy zawierające pewien utarty już schemat. Scenariusz bowiem opiera się na powrocie głównego bohatera do domu, oczywiście po wielu latach nieobecności, aby móc rozprawić się z demonami przeszłości. Osobiście, uwielbiam tego typu scenariusze i z czystym sumieniem mogę polecić na przykład debiut reżyserski Dito Montiela"Wszyscy twoi święci", "Świetliki w ogrodzie" z Ryanem Reynoldsem, bądź ostatnio widziany przeze mnie "House of D" za którego reżyserię zabrał się sam David Duchovny.
    Właśnie obejrzałem kolejne dzieło podchodzące pod wyżej wymieniony schemat. Jest to "Powrót do Garden State". Odpowiedzialnym za scenariusz i reżyserię jest Zach Braff, który wówczas zaliczał swój debiut po drugiej stronie kamery. Aktor znany jest z głównej roli w komediowym serialu "Hoży doktorzy". Zach wcielił się tam w postać nieudacznika - marzyciela, doktora Johna J.D. Doriana, a jego zamiłowanie do komedii i satyry kilkakrotnie zobaczymy w "Powrocie do Garden State", choć w delikatniejszym tonie.

    Film ten opowiada historię Andrew Largemana, który wraca do rodzinnych stron aż po 10 latach spędzonych w Los Angeles. Andrew jest początkującym aktorem, w dodatku korzysta z usług psychiatry oraz cierpi na gwałtowne napady bólu głowy. Również od dziecka przyjmuje leki czyniące go otępiałym. Przyczyną nagłej wizyty jest tragiczna śmierć matki. Andrew otrzymuje więc okazję ponownego spotkania się z dawnymi przyjaciółmi oraz z ojcem, z którym relacja niezbyt dobrze się układa. Jednak tym razem powrót do domu będzie czymś wyjątkowym, a to za sprawą poznania energicznej Sam, z którą bohater nawiąże głęboką przyjaźń.
     Rolę młodziutkiej Sam zagrała, obiekt mych westchnień, czyli Natalie Portman. Przez pewien etap filmu stanowi ona przeciwieństwo naszego głównego bohatera. Zach odgrywający postać Andrew, otępiałego i znudzonego życiem mężczyzny spisał się naprawdę nieźle. To samo można powiedzieć o reżyserii i scenariuszu, choć zdarzają się teksty sprawiające wrażenie bezsensownych bądź sceny już wielokrotnie przemielone w różnego tego typu produkcjach. Mimo wszystko nie przeszkadza to w całościowym odbiorze utworu, który jest głównie historią o dojrzewaniu oraz określaniu siebie i własnych pragnień. Tematyka nie tylko lubiana przeze mnie ale także przez samego Zach'a, którego kolejne dzieło "Wish I was here" (wkrótce będzie mieć swoją premierę) również opowiada o zmaganiach dorosłego z dziecięcymi fantazjami. Koniecznie muszę wspomnieć o kolejnym bohaterze z Garden State - przyjacielu Andrew czyli Marku granym przez Petera Sarsgaarda. Postać jest naprawdę ciekawa i wiarygodna a z udziałem Petera stanowi świetne tło do pary z pierwszego planu - Braffa i Portman.
     Głosy krytyki twierdzą, że film jest chwilami przegadany i nudny. Dla mnie jest on jednym z niewielu którego seans niezwykle szybko mi minął. Oglądało mi się go bardzo przyjemnie, od czasu do czasu otrzymujemy w nim subtelne gagi, przez co może i "Powrót do Garden State" jako komedia nas nie zwali z nóg, ale na pewno można go będzie mile wspominać. Ja będę na pewno.


8/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz